Kiedy organizujemy wydarzenia klubowe, wybieramy jakiś motyw przewodni. Tak było i tym razem. „Si soy así, qu voy hacer” to jedno z bardziej popularnych tang, żartobliwe i zawadiackie. Nie wiem czemu, tak właśnie pomyśleliśmy o Maestro Fernando de Lutiis, kiedy przesłał nam swoje zdjęcia…

Spojrzenie, postawa ciała to zobaczyliśmy na zdjęciu. I było w tym coś figlarnego, coś co bardzo pasowało nam do opisu „Chłopaka z dzielnicy” w stylu, w którym zwykł pisywać Stanisław Grzesiuk. To spojrzenie mężczyzny z fotografii, o którym przecież jeszcze nic nie wiedziałam (no prawie nic, wiedziałam, że dobrze tańczy i uczy, i przy tym jest bardzo ciepłą osobą, ale to wiedziałam z polecenia, jak będzie w kontakcie 1 do 1 miało się dopiero okazać). niemal od razu przywiodło mi na myśl tango „Si soy así, qu voy hacer”. Trochę Grzesiuk, trochę Bodo. Niby ot Mężczyzna, miły, przystojny, tak, ale nie on jeden, a jednak miał w sobie to coś, co wyciąga „sceniczne zwierze”, gdy tylko mu na to pozwolić… choć w tym przypadku bardziej Tarzana vel Amazonkę. Więc, jak to właściwie było…

Znaliśmy się z kliku konwersacji na facibóki. On był zajęty swoimi projektami, ja klubowymi. W zasadzie ustaliliśmy tylko mniej więcej kiedy i co, reszta miała się już wydarzać w życiu realnym. Za to właśnie tak bardzo cenię argentyński naród, że oni wciąż wolą, kiedy ich życie toczy się w realu. Może być to kłopotliwe, nie powiem, bo nic szczególnego się nie wydarzy, dopóki nie nastąpi przysłowiowe face to face. Pierwsze spotkanie miało nastąpić w piątek. Nikt nic głośno nie mówił, choć pewnie ciekawość Maestro tliła się w umysłach wielu klubowiczów…. Jaki będzie, jak tańczy, co umie i jak uczy…

Przyszedł do klubu, elegancki i skromny. Szczerze to nawet się nie zorientowałam, kiedy przyszedł. Zatem mocne wejście w jego przypadku, co to, to nie. Ujrzałam go przypadkiem w klubowym hallu, na który wyszłam w jakieś sprawie (zapewne, bo raczej bez celu nie chodzę). Stał tyłem do mnie i przyglądał się trwającej właśnie lekcji tanga. Ot tak, bez fajerwerków. Nie wiedziałam jak aktualnie wygląda, ale umówmy się śniada cera i kruczoczarne włosy, to raczej nie są cechy typowego polskiego mężczyzny. Więc jak moim oczom ukazał się taki o to widok, nie mogło być mowy o przypadku, a tym bardziej pomyłce. „Fernando ?” zapytałam, zareagował na mój głos, odwrócił się w moją stronę, z lekkim uśmiechem odpowiedział „Si, soy yo”. Tak poznałam Maestro Fernando de Lutiis.

Rozpoczęła się piątkowa praktyka, Maestro wszedł do sali, przywitał się z Szymonem i Asią, którzy właśnie kończyli zajęcia. Stanął przy lustrach, w miarę dyskretnym (o ile jego wizyta w ogóle mogła być dyskretna) miejscu i rozpoczął rozglądać się po sali. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, co to oznacza… Tak, to jego wywnętrzy imperatyw pedagogiczny. Niestety wtedy jeszcze nie pozwoliłam, by swobodnie „używał sobie” (ten imperatyw;)). Zaprosiłam Fernando do naszej kawiarni, w końcu wypadało się poznać i zainicjować „social life”. Wystarczyło powiedzieć A, żeby B, C i M poszło samo.. No cóż Maestro pochodzi z nacji, która ma niesamowitą łatwość w nawiązywaniu kontaktów społecznych, a on sam ma w tym lekkość i dużo uroku. Więc nie trzeba było długo czekać aby Tangueros zaczęło wodzić za nim wzrokiem. No dobrze bardziej Tanguery.. Pogadaliśmy, na taniec też przyszedł czas. Miło, przyjemnie i z uczuciem. Tango!

Następnego dnia, w sobotę zaczynaliśmy warsztaty tanga. Prowadził Maestro, ja mu asystowałam. I przyznam, że podobnie jak Matías, rozpoczął bardzo naturalnie, po prostu zaczął mówić o tangu. Oczywiście najpierw go przedstawiał, ustaliśmy język komunikacji i oddałam mu głos w jeszcze słyszalnym aplauzie kursantów. Uśmiechnął się, poczekał na ciszę i zaczął mówić, choć bardziej wykładać tango. Najpierw o balanseo i cambiar de peso, że pewnie już o tym słyszeliśmy 1000 razy, i że wszyscy o tym mówią… (i przyznam, że sama tak pomyślałam), ale kiedy zaczął wyjaśniać i pokazywać różnicę między przechodzeniem z nogi na nogę a zmianą ciężaru „złapał” naszą uwagę i potem było już tylko lepiej… Talent pedagogiczny bez dwóch zdań, proste sekwencje do ćwiczeń, plastyczne przykłady. Tak, to zdecydowanie świetny nauczyciel, przy tym równie dobry tancerz i uroczy człowiek. Bez żadnych wątpliwości zaprosiłam Maestro na kolejną wizytę i na dłużej. Przyjedzie! W sierpniu i potem Kto wie, może my pojedziemy do Maestro, przynajmniej są takie plany…

W sumie Fernando poprowadził warsztaty weekendowe, zagrał na milondze i towarzyszył mi na lekcja w tygodniu, choć bardziej to ja mu towarzyszyłam. Później pytałam Was o opinie, w końcu to jak mi się współpracuje to jedno, a to jak odbieracie go Wy, nasi kochani klubowi Tangueros, to drugie. I tak, podobało się Wam. Najbardziej chyba to, jak tłumaczy. Pewnie na długo zostaną Wam w pamięci: columna, negativo, positivo, up, down, si no.. a przykłada Tarzana i Amazonki to już na pewno przejdzie do klubowej historii wspomnień i anegdod. O co w tym chodziło? Otóż drogie Panie, kiedy tańczymy giro mamy to robić z atencją, z jaką Amazonka przygląda się Tarzanowi. A Tarzan? Bynajmniej nie zostaje obojętny na to co robi Amazonka, tak, jak Mężczyzna nie powinien być obojętny, kiedy Kobieta tańczy giro wokół nie. Oj nie!

Dziękujemy za wspólny, piękny czas na warsztatach, praktykach i milongach, i cóż „Do następnego!” Tymczasem zapraszamy do Galerii klubowych fotografii, a tam –

 

Fotografie z warsztatów Si soy así >>                                      Fotografie z Milongi Tradicional z Maestro >>