Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i podbiliśmy… głównie serca sycylijskich Tangueros. Było warto!

Po pierwszej, krakowskiej części Puente de Tango, kiedy gościliśmy w Krakowie Tangueros z Katanii, ciągle mieliśmy poczucie, że jeszcze tyle czasu do naszej rewizyty. To był początek września, dokładnie jego drugi weekend. Zanim się spostrzegliśmy w Polsce był już listopad i pierwsze naprawdę chłodne noce. Można powiedzieć, że tak nas zastała nasza podróż, pewnej zimnej, iście Mickiewiczowskiej, listopadowej nocy. Część naszej grupy wyruszyła w piątek za dnia, jednak zdecydowana większość z nas miała wylecieć dnia następnego o 7:20 z Katowic. Z Krakowa więc wyruszaliśmy nocą lub nad ranem, między 3:00 a 4:00. Cóż, to nadal pozostaje w subiektywnym odczuciu, kiedy kończy się noc a zaczyna dzień. Tak więc jeszcze nocą (dla mnie zdecydowanie nocą) lub nad ranem, kiedy każda minuta jest na wagę złota, zbieraliśmy się w naszych Milongacar i ruszyliśmy w drogę. Mknęliśmy przez ulice otulone mgłą, nawet nie wyobrażając sobie, co nasz czeka już za kilka godzin zaledwie…. a czekało nas wiele!

Całą grupą spotkaliśmy się na lotnisku na kawie i innych trunkach podróżniczych. Nasze twarze godne były uchwycenia na taśmach Por Fiesta Production, ale ku radości klubowiczów, kamera odmówiła współpracy. Przymarzły jej bateryjki zdaje się. Tak, czy inaczej w dobrych humorach wsiedliśmy do samolotu i tu film się urywa, przynajmniej dla mnie. I dobrze, bo boje się latać okrutnie i miałam nadzieję wielką, podróż tą oto pokonać w ramionach Morfeusza. Kiedy porzuciłam mego sennego kochanka (nadal mówimy o Morfeuszu), ku mej radości wielkiej, zbliżaliśmy się do lądowania. Prawdę pisząc, jedno oko otworzyłam wcześniej, ale na szczęście na krótką, nieistotną chwilę, w bogatym spisie nadchodzących wydarzeń. Wylądowaliśmy. Jakież było nasze zdziwienie kiedy stewardessa ogłosiła godzinę 10:40 czasu lokalnego na Sardynii. No cóż, celowaliśmy w Katanię… Rzeczona Pani szybko się zreflektowała i poprawiła swój błąd, my jednak zapamiętaliśmy jej rozmarzenie w głosie, kiedy witała nas na Sardynii. Potem, podczas całej podróży Sardynia często pojawiała się w naszych samochodowych żartach, no przynajmniej w moich. Kiedy nie bardzo wdzieliśmy, gdzie akurat jesteśmy, powiedzenie „Witamy na Sardynii” (zwykle z moich ust) bawiło wszystkich i skutecznie rozładowywało ewentualne napięcie.

W końcu jesteśmy, przywitało nas promienne słońce, wiatr smugał nas po twarzach, ach… wspaniale. Zakwaterowanie w hotelu i czas na pierwszy posiłek. Ja marzę o pizzy (przyznam, że już od krakowskiej części Puente). Zaszliśmy do pobliskiej knajpki/pizzerii. Przed południem pizzy nie serwują niestety, więc moje kulinarne pragnienie musiałam odłożyć na kolejne godziny (w końcu okaże się, że pizzę zjem dopiero na kolacji pożegnalnej, 2 dni później). W naszych zamówieniach przodowały pasty i sałatki, wina i kawa. Wtedy właśnie wznieśliśmy pierwszy toast za wspólny wyjazd, i nie trzeba było długo czekać, żeby posypały się kolejne propozycje. Zdradzę, plany są ambitne, a finałem będzie wspólna podróż do Buenos Aires.

Po jedzeniu czas na spacer lub na drzemkę. Ja oczywiście wybierałam drzemkę. Teraz już wszyscy klubowicze wiedzą, że dla mnie dzień bez drzemki, dniem rozdrażnionym. W godzinach popołudniowych mieliśmy zaplanowane zwiedzanie Katanii. Jak czytam w przewodnikach, Katania nie aspiruje do bycia centrum turystycznym. Po te tytuły sięgają pobliska Taormina czy Syrakuzy. Nie mniej jednak, jest to najważniejsze miasto Sycylii i siedziba naszych Tangueros. Chcieliśmy je zobaczyć. Warte uwagi jest przede wszystkim stare miasto, kilkakrotnie umęczone wybuchami Etny i trzęsieniami Ziemi. Za każdym razem odbudowywane. I dobrze! Dzisiaj my możemy spacerować po wulkanicznych ulicach i zachwycać oko wytworem rąk ludzkich sprzed wiek wieków.

Zanim wyruszyliśmy na zwiedzenie miasta, spotkaliśmy się w szkole Maleny i Luisa – Estampa Porteña. To były chwilę uścisków i serdeczności (to akurat uchwyciła kamera Por Fiesta Prodaction). Łącznie, przeszło 20-stoosobową ekipą wyruszyliśmy na podbój centrum. Zwiedzanie rozpoczęliśmy od słynnego Piazza del Duomo. To plac katedralny, w którego centralnym punkcie stoi posąg słonia, symbolu Katanii. Tu również znajduje się zabytkowa Katedra św. Agaty, która jest patronką Sycylii.

Z placu katedralnego pomaszerowaliśmy ku ruinom Teatru Greckiego, gdzie rozpoczyna się cykl zdjęć Tomasza Zdobywcy (nie greckiego, naszego – klubowego), a stamtąd Via Etna ruszyliśmy w kierunku zabytkowych kościołów i uniwersytetu. Tak dotarliśmy pod mury Castle Ursino z XVIII w. Tu pożegnaliśmy naszego przewodnika i spacerem wróciliśmy na Piazza del Duomo, po drodze mijając słynny targ rybny. Były już ciemno, ale zapach ryb nadal unosił się w powietrzu. Zgłodnieliśmy. Było przed 18:00, a więc pora w której żołądek każdego szanującego się Polaka domaga się posiłku. Dla przyjaciół z Sycylii było to mniej zrozumiałe, ale wychodząc na przeciw naszym pragnieniom zaproponowali nam na spróbowanie tutejsze przekąski. Później odkryliśmy dlaczego. Ich żołądki ucztują około północy, czego z kolei nie bardzo mogły pojąć nasze rodzime przyzwyczajenia kulinarne. W każdym razie w ramach przekąsek posmakowaliśmy po raz pierwszy (ja przynajmniej) sycylijskich – słynnych na cały świat Arancini. Wtedy po raz drugi okazało się, że to jeszcze nie czas upragnionej pizzy. Na szczęście sycylijskie przysmaki dogodziły moim smakom, na chwilę mogłam przestać myśleć o pizzy….

Po chwili na Arancini wróciliśmy do hotelu na krótki odpoczynek i zmianę garderoby, po czym mieliśmy się udać na lekcje tanga i milongę w Estampa Porteña. Ja oczywiście w tym czasie zaliczyłam drzemkę.

Odświeżeni, mniej lub bardziej wypoczęci, stawiliśmy się w szkole Maleny i Luisa. Tu nastąpił ciąg dalszy wylewnych powitań i równie wylewnych zapoznać. W końcu, któż nam zabroni tej wylewności. Lekcja, pierwsze wymiany w parach i czas milongi. Od pierwszego tanga parkiet był pełny. Obtańcowywaliśmy się wzajemnie, i zabawie nie było końca aż do drugiej nad ranem. Część znasz opuściła parkiet nieco wcześniej, ale Ci co pozostali, nie mieli sobie równych. Nadmienię jeszcze, że zasoby energetyczne uzupełniła kolacja przed północą. Wtedy zrozumieliśmy, co znaczy dobra włoska kuchnia. Pyszności!

Dzień drugi

Rozpoczęliśmy spotkaniem w hallu hotelowym. Jak się miało wkrótce okazać, właśnie ten hall był naszą główna kwaterą sztabu planu i logistyki wydarzeń. 11:30 czas spotkania, zaraz potem mieliśmy wyruszyć na kolejne turystyczne podboje. Znaczna część nas ruszyła u boku Luisa, Maleny oraz innych sycylijskich Tangueros podziwiać pozostałości średniowiecznego zamku Aci Castello, zbudowanego na cyplu z wulkanicznej skały. Pozostali z nas mieli plan równie ciekawy. co ambitny, a „na imię mu Syrakuzy”.

Około południa dotarliśmy na deptak leżący u podnóża skały Aci Castello. Niebo przybrało barwy szlachetnego błękitu, morskie wody zaś szaty krystalicznego kobaltu. Wiatr muskał nasz twarze. W tej scenerii pokonywaliśmy schody do ruin zamku. Zdjęciom nie było końca. Widok ze szczytu Aci Castello po stokroć wynagradzał udrękę wspinaczki. Przechadzaliśmy się po ruinach zamku, jak pewnie kiedyś, w latach jego świetności, damy i książęta. Następnego dnia mieliśmy raz jeszcze doświadczyć tej aury – bezkresnej przestrzeni, gdzie wody całują niebosa. Nic dziwnego, że miejsca, gdzie bezkresne wody stykają się z nieboskłonem przez wieki wybierają dusze natchnione, malarze i poeci…
W końcu na powrót zebraliśmy się na deptaku, podziwiając niedzielny krajobraz mieszkańców Katanii. Spacery, rozmowy, gwar bawiących się dzieci. Podobała nam się ta sielanka i nie spieszno nam było iść dalej. Gawędziliśmy rozsiani po deptaku. Luis i Malena, doskonale odnajdując się w roli gospodarzy, zarządzili zdjęcie grupowe i dalszą podróż. Zdjęcie grupowe przerodziło się niemalże w sesją zdjęciową, ale w takiej scenerii, sami rozumiecie….

My udawaliśmy się ku skałom widocznym z ruin zamku, nasi towarzysze w tym czasie poznawali piękno antycznego miasta Syrakuzy. Mówi się o nim grecki kawałek Włoch, zresztą zasłużenie. Znajdujący się ty park archeologiczny jest imponującą lekcją historii. To tutaj można podziwiać starożytny teatr grecki, amfiteatr, kamieniołomy oraz słynne ucho Dionizosa. Tu własnie napotyka się ślady starożytności, o której uczymy się w szkole. Pozostałości świątyń greckich bogów czy pierwsze katakumby. Być może w czasach swojej świetności było to miasto tak prężne i modne jak dzisiejszy Paryż czy Nowy York. Z pewnością było ono kolebką nauki i kultury. Szczególnie piękną wydaje się być Oritgia, wyspa leżąca w murach miasta. Urocza starówka pełna jest wąskich uliczek i wiekowych kamienic. Niektóre z nich są już znacznie zaniedbane, nawet opuszczone, co dodaje temu miejscu szczególnego uroku. Na podziwianiu Syrakuz leniwie mijał dzień naszym kolegom, my zaś docieraliśmy do słynnych skał, które wedle legendy cisnął cyklop Polifem za pięknym młodzieńcem, wybrankiem jego ukochanej. Mowa o pięknej Galatei i jej ukochanym sycylijskim pasterzu Akisie. Młodzieniec zginął przygnieciony skałami, które po dziś dzień widnieją otulone morską głębiną. Historia lubi zataczać koło, a przynajmniej się powtarzać. W dramatach miłosnych zwłaszcza. Ileż to odrzuconych, rozgoryczonych kochanków pozbawiło życia swoich rywali… Teraz, współcześnie, nie zostało już nic z mitycznego romantyzmu. A szkoda.

Po chwilach obcowania z mitologią i cudami natury wybraliśmy się na słodkości, mniam. Potem…? Ja drzemka oczywiście, więc wybaczcie, nie bardzo wiem, co akurat porabiali inni. Zakładam jednak, że były to kolejne spacery i przystanki na włoską kawę. Tak zastał nas wieczór dnia drugiego. Teraz przyszedł czas na wieczorną toaletę, lekcję tanga i milongę. Tego wieczora tańczyć mieliśmy w zabytkowej bizantyjskiej kaplicy, która współcześnie jest eleganckim lokalem. Przygotowani na całą noc tańca (no przynajmniej 4 godziny) oczekiwaliśmy ze spokojem na rozwój wydarzeń. Pierwsze minuty upływały nam na niezobowiązujących rozmowach. Usadzeni w mniej lub bardziej wygodnych sofach zasadniczo podziwialiśmy otaczające nas wnętrze oraz kreacje przychodzących Tangueros z naszej grupy. Sukienka Joli H., a zwłaszcza jej tył, cały wieczór przyprawiała nas o zazdrosne, ukradkowe spojrzenia. Każda z nas, chciała ją mieć (o sukience mowa, oczywiście). Trzeba przyznać, że jej właścicielka, rzeczona Jola wyglądała w niej przepięknie. Kolejną Tanguerą, która przyprawiała (przynajmniej mnie) o zazdrosne i pożądliwe spojrzenia była Agnieszka G. Wystąpiła w kreacji w kolorze srebra, stylem przywołującą mi na myśl lata 20. i zadymione kabarety. 
Kiedy zaproszono nas na dół, tam gdzie mieliśmy przetańczyć naszą czterogodzinną noc, sycylijscy Tangueros schodzili się z wolna. Obserwowaliśmy się ukradkiem, dyskretnie, acz z wyraźnym zaciekawieniem. My po lewej stronie, oni po środku i po prawej. Nawet nie wiem kiedy właściwie wszystko się rozpoczęło. Po kilku piosenkach nazwijmy to z repertuaru latnio, z kolumn popłynęło tango. Parkiet, który jeszcze klika minut wcześniej, zniewalał swoją niedostępnością, teraz zapełniał się tak, jakby tańczone tu nie przerwanie od wielu tygodni, lat może. My najpierw między sobą przetańczyliśmy kilka tang, można rzec tak na odwagę. I zaraz Panowie ruszyli szukać sycylijskich objęć. Naszym Paniom też nie jedno tango upłynęło w sycylijskich ramionach.

Tango, śmiech i rozmowa. Tak upływała nam ta noc. W błogiej aurze zabawy. Malena i Lusi powitali nas oficjalnie i wtedy wieczór zaczął się na dobre. Tak Sycylijczycy poznali Krakusów, a wyrazem ich serdecznego przyjęcia był prezent dla naszego klubu – tradycyjne sycylijskie drzewko, które ma być symbolem dobrobytu. Drzewko dzisiaj stoi w klubie (a jakże), a spisane życzenia pomyślności, oprawione zdobią jedną z klubowych ścian.

Nawet nie wiem kiedy parkiet wypełnił się do granic. Tańczyliśmy, tańczyliśmy, tańczyliśmy. Nie powiem, czekaliśmy też na obiecany posiłek i odrobinę prosecco… W końcu my, polski naród, mamy swoje przyzwyczajenia i upodobania. Doczekaliśmy się! Pyszności raz kolejny. Sycylijska kuchnia nie zawiodła ani przez chwilę. Ucztując oddawaliśmy się coraz bardziej swobodnym i abstrakcyjnym dysputom, zwłaszcza w damskim gronie. W zasadzie ja niemal do końca tego wieczoru oddawałam się przyjemnościom konwersacji i prosecco. Nic tak nie jednoczy kobiet. My kobiety, przynajmniej cześć z nas, oddawałyśmy się sztuce konwersacji, Panowie zaś nie ustawali w tańcach. Obtańczyli (chyba) wszystkie Panie na sali. Wytańczeni, zmęczeni i upojeni endorfinami udawaliśmy się na spoczynek. Czekał nas dzień trzeci. Mieliśmy wybór: zostać w łóżkach do późnego południa i leniuchować lub wstać wczesnym rankiem (o 9:00) i zobaczyć co się da! Wybraliśmy oczywiście to drugie. W planach była Etna i Taormina. Ale to dopiero kolejny dzień, a na razie docieramy do hotelu. W niektórych pokojach toczą się jeszcze wieczorne rozmowa. Najlepsze tematy pojawiają się nad ranem… Mnie nie dane było tego doświadczyć, bez zastanowienia wybrałam ramiona Morfeusza.

Dzień 3

Spotkaliśmy się przy śniadaniu bladym, tangowym świtem, przed godziną 9:00. Jeszcze zanurzeniu w dopiero co porzuconych krainach snu. Przygotowywaliśmy się do zwiedzania wulkanu Etna. Na zewnątrz było około 20 stopni, na wysokości karterów wulkanu miało być między 5 a 2 stopni i mogło być wietrznie. Dobrze, że przyjechaliśmy z Polski, taka pogoda dla nas w listopadzie, to chleb powszedni. Jak się miało niedługo okazać, nie dla wszystkich. Zapakowaliśmy ciepłe ubrania, kurtki, czapki i dobre chęci do plecaków. Podekscytowani ruszyliśmy w drogę kolumną Tangueros. Pierwsze auto, nasz nieoceniony przewodniki Lino i jego Dziewczyny oczywiście, drugie auto Wojtek z ekipą, trzecie – my, za kierownicą Marcin. Tak mieliśmy się nie zgubić. My odpadliśmy już przy wyjeździe z Katanii. Nikt nie odbierał telefonu z innych aut, a tym bardziej nie spostrzegł się, że brakuję białych na ogonie (podróżowaliśmy białym fiatem). Nic to nasz kierowca i jego równie nieoceniony pilot Łukasz wyprowadzili nas z labiryntu katańskich uliczek i wyjechaliśmy na prostą. Mniej więcej w tym samym czasie nawiązaliśmy połączenie z pozostałymi podróżnikami i rychło znów uformowaliśmy tangową kolumnę aut. Teraz mknęliśmy już spokojnie autostradą do nieba, a dokładnie dwupasmówką, między lasami i wciąż pod górę. Etna, to najwyższy stożek wulkaniczny w Europie, leży około 35 km od Katanii i zajmuje obszar około 1250 km². To wciąż jeden za najbardziej aktywnych wulkanów na świecie, którego eksplozje niosą realne zagrożenie dla lokalnych mieszkańców. Już za chwilę mieliśmy je zobaczyć na własne oczy.
Jechaliśmy i jechaliśmy. Krajobrazy bajkowe. Południowe stoki ubrane w jesienne barwy, takie, jakie znamy z naszej rodzimej Złotej jesieni. Błękitne niebo. Jedziemy w naszych podkoszulkach, mając w pamięci 20 º, beztrosko konwersujemy, nie mając w zasadzie bladego pojęcia, gdzie jesteśmy. Na szczęście droga była tylko jedna. W końcu samochody z naszej kolumny zatrzymywały się jeden po drugim, my również. Znaczy  -wysiadamy i zaczynamy wycieczkę. Już otwarcie drzwi samochodu dało nam jasno do zrozumienia, że 20 º jest tylko pięknym wspomnieniem. Nic to. Wyciągnęliśmy nasze kurtki, swetry, czapki i wszystko, co mogło nam się przydać. Niestety nie wszyscy z nas byli w posiadaniu owych puchowych przyjemności. Nie mniej zachowywali kamienną twarz, że amerykański jest O.K. Może ciut chłodno, ale przecież takie temperatury? Ba, co to dla nas!

Lino czekał na nas z boku, cierpliwie, niemal z czułością przyglądając się naszej kurtkowej krzątaninie. Kiedy wreszcie uporaliśmy się z warstwami ochronnymi, podeszliśmy do niego. Skierował nasz wzrok na przeciwległe wzgórze i pokazał trzy strumienie zastygłej już lawy. Pochodziły one z ostatniego dużego wybuchu wulkanu. Widoczne były trzy zastygłe strumienie lawy. To była jedna z pierwszych prób, kiedy człowiek zmienił bieg lawy wulkanicznej. W innym wypadku lawa spustoszyłaby pobliskie miasto Katania. Te trzy skamieniałe strumienie to duża lekcja pokory wobec sił natury. Te trzy właśnie wyciekły za ustawionych zapór i płynęły w stronę miasta. W mitologii greckiej znajdziemy zapis, że wulkan Etna powstał w wyniku wojny Zeusa i Tyfona. Po dziś dzień można spotkać opowieści nadające erupcjom wulkanu jej dawny, mitologiczny charakter. Kiedy z wulkanu wybuchają płomienie, mówi się, że to pozostałości z piorunów Zeusa, kiedy zaś trzęsie się ziemia, to znak, że chce wydostać się Tyfon, uwięziony w podziemiach Etny.

Kiedy skończył opowieść, Lino ruszył przed siebie, my w ślad za nim, gotowi na pieszą wędrówkę. I powędrowaliśmy, całe 3 metry, z powrotem do samochodów. Przez kolejne pół dnia bawiło nas samo wspomnienie tej sytuacji, a zwłaszcza spokojnego i niezruszonego Lino, który w ciszy obserwował nasze szykowanie się na wspinaczkę górską…. Wsiedliśmy do aut i ruszyliśmy dalej podziwiając i fotografując malowniczy krajobraz. Oczarowani paletą kolorów prawie nie zauważyliśmy zatopionego w lawie domu. Zatrzymaliśmy się na chwilę, zdając sobie sprawę, że to ten sam dom, którego zdjęcie krąży po całym świecie na pocztówkach i w fotoreportażach internetowych. Faktycznie robi wrażenie. Wtedy dowiedzieliśmy się, że to jedne z ostatnich zabudowań z czasów, kiedy ludzie osiedlali się nie mal u podnóża Etny.

To był nasz ostatni przystanek w drodze na szczyt Etny. Najwyższego karteru Etny nie zobaczyliśmy. Na części pośredniej, przy dwóch mniejszych karterach przyroda pokazała nam swoje kolejne oblicze, pewnie któreś z tysiąca, a może nawet milonia. Było bardzo wietrznie. Dziewczyny później komentowały, że nazbierały kamieni do kieszeni, żeby moc wiatru nie okazała się silniejsza niż one same. Silny wiatr i jednak mało czasu spowodował, że jednak nie wyszliśmy (ku rozpaczy zwłaszcza Łukasza) na najwyższy wierzchołek, gdzie znajdują się cztery aktywne kratery Etny, Najwyższy z nich, północno – wschodni mierzy 3331 m n.p.m i jak mówią tubylcy trzeba zarezerwować około pięciu godzin, żeby je zwiedzić, no i oczywiście ciepło się ubrać. Na samej Etnie jest około 270 kraterów, my już za chwilę mieliśmy zobaczyć z bliska dwa z nich.

Kiedy wysiedliśmy z samochodów, roztaczająca się przed nami przestrzeń robiła ogromne wrażenie. Teraz rozumiem, czemu Zeus na swoje królestwo wybrał górę Olimp. Niesamowity widok, wierzchołki wulkanu pokryte śniegiem, zanurzone w kłębinach chmur. Wokół przestrzeń, ogromna przestrzeń. Nic dziwnego, że to właśnie tu powstanie najwięcej fotografii z cyklu Tomasz Zdobywca”.

Z parkingu ruszyliśmy w kierunku kraterów. Krajobraz górski, schronisko i sklepiki z pamiątkami. Był też kram z miodami. Tak, z miodami. O tym chwilę, później.  W każdym razie sprawiły one, że dziesięciominutowy spacer ze schroniska do zaparkowanych samochodów przedłuż się co najmniej do czterdziestu minut. To właśnie sztuka handlu, perfekcyjnie opanowana na południu. U nas, wciąż pozostawiająca wiele do życzenia. 

Dotarliśmy do kraterów, krajobraz iście księżycowy, budził w nas różne myśli. Wędrowaliśmy po obrzeżach karteru podziwiając ten cud natury. Mijali nas turyści. Chwile takie jak ta się po prostu przeżywa. Dlatego polecam choć raz wybrać się na Etnę i przeżyć to, jak dla mnie bardzo intymne, obcowanie z przyrodą. Dodam tylko, że to właśnie na tych karterach zostało zdjęcie, które wybrałam jako obraz tego reportażu. Jest przepiękne, przyznajcie sami!

Po spacerach, refleksjach i rozmowach, zmarznięcie, wracaliśmy do schroniska. Tam coś ciepłego do picia i pamiątki. Niebywałe ile drobiazgów można wyczarować ze skały wulkanicznej. Biżuteria, figurki, no i przecież kamienie, którymi wyłożona jest Katania.

Wracamy do samochodów, pojawiają się pierwsze głosy ( w tym mój oczywiście), że czas na posiłek no i przecież jeszcze Taormina, czyli kolejne kilkadziesiąt kilometrów drogi. Tak naprawdę umarzliśmy w tym wietrze. No i tu pojawiają się historia słynnych miodów. Sprzedawca wiedział, jak zaciekawić nasze tanguery. Zaprosił na degustacje, malutką i króciutka. Nie wiem co tam dokładnie się wydarzyło, bo ja ruszyłam do samochodu, ale wiem, że nasze Panie wróciły oczarowane i oczywiście z odpowiednim asortymentem rzeczonych miodów. Furorę robił miód pomarańczowy. Potem tylko szybka logistyka, w którym bagażu o co i możemy wracać. No prawie możemy, bo tym razem zapodział się Lino. Wiedzieliśmy już, że na obiad pojedziemy do restauracji jego syna, więc bez Lino ani rusz. No i przyznam, że zaczynałam zrzędzić, mój żołądek prowadzi swoje życie i jak na czas nie dostanie, tego czego się domaga, drżyjcie narody…  W końcu w progu sklepiku z pamiątkami pojawił się Lino. Zapytacie po co rodowity Sycylijczyk zagląda do sklepu z pamiątkami. Otóż po to, żeby wybrać dla nas i następnie obdarować nas pamiątkowymi magnesami ze skały wulkanicznej. Wzruszający gest.

Jedziemy na obiad. jedziemy i jedziemy, zastanawiając się czy wystarczy nam czasu na Taorminę i czy nie odpuścić. Zmagając się z tym właśnie dylematem dojechaliśmy pod warsztat samochodowy. Dokładnie tam. Obok była restauracja, do której byliśmy zaproszeni. Myślę, że nie tylko w mojej głowie pojawiły się obawy. Weszliśmy do środka. Lokal urządzony nowocześnie i przytulnie. Czekał już na nas przygotowany stół. Zasiedliśmy i klika minut później na stół wniesiono przystawki. Kiedy ich skosztowaliśmy, zniknęły wszystkie obawy. Pisałam już, że sycylijska kuchnia jest wyborna? Przystawki wyborne, a czekało nas jeszcze danie główne. Równie pyszne. Wznieśliśmy toast, podziękowaliśmy Lino za gościnę i ruszyliśmy w drogę. No, część z nas ruszyła. Dwa samochody, Dziewczyny Lino zostały jeszcze na beztroskiej biesiadzie. Potem zdaję się wybrały się na shopping.

A więc w drogę, ku Taorminie. Czekało nas około 40 km podróży. Taormina przoduje wśród sycylijskich kurortów. To urocze miasteczko położone jest na wschodnim wybrzeżu wyspy i rozpościera się od skalistych gór aż do poziomu morza. Zwiedzanie zdecydowaliśmy się rozpocząć od uroczej wysepki Isolla Bella. Zeszliśmy na kamienistą plażę podziwiając malowniczy krajobraz. Rozlegające tu plaże nazywane się Perłą Morza Jońskiego i nie bez powodu. Widok zachwyca. Na samą wysepkę można dostać się pokonując wąską groblę, które zalewają zderzające się fale. Nie byliśmy na to przygotowani, ale widzieliśmy jak śmiałkowie pokonuję te trasę boso. Nie trzeba  było długo czekać aby i w naszej grupie pojawił się śmiałek. Łukasz, jeden z najbardziej żadnych zwiedzania, zdjął buty i spodnie, i nim się spostrzegliśmy pokonywała już niepokorne fale. Widok warty uwiecznienia. Udało mu się. Dotarł na wyspę i patrzyliśmy, jak chciał dotrzeć do jedynej budowli, królującej na wyspie pośród bujnej zieleni i skał. Dawniej prawdopodobnie był to klasztor, dziś to muzeum należące do rezerwatu Pięknej Wyspy. Rozmawialiśmy, kontemplowaliśmy przyrodę. Mniej więcej w tym czasie dotarła do nas grupa z drugiego auta. Robiliśmy zdjęcia i luźno ustaliśmy palny na dalszy ciąg wycieczki, wyczekując jednocześnie powrotu Łukasza. W końcu pojawił się na plaży wysepki i szykował się do powrotu. Uderzenia fal przybrały na sile, więc po pierwszej próbie nasz śmiałek zmuszony był zawrócić. Zdjął koszulkę i niczym żołnierz ruszył przed siebie. Kibicowaliśmy. Co rusz wybuchały salwy śmiechu. Nasz śmiałek dotarł, odświeżony morską kąpielą. Ostatecznie nie wszedł do samego budynku, ale przyznał, że widoki są tam zachwycające.

My zdecydowaliśmy zobaczyć jeszcze miasteczko, ekipa Wojtka zaś pozostać i rozkoszować się czasem na plaży. Dotarliśmy do samochodu i pełni zapału ruszyliśmy pd górę. To było wyznawanie. Wąskie uliczki co rusz zakręcały tworząc labirynt serpentyn. Za kierownicą Kasia, która nie pierwszy raz udowodniła swoje umiejętności kierowcy rajdowego. Zaparkowaliśmy auto na miejskim parkingu i dalej ruszyliśmy pieszo. Bardzo chcieliśmy zobaczyć zabytkowe ruiny teatru greckiego oraz katedrę. Wchodząc pod górę utraciliśmy znaczne zasoby cukru w organizmie, co przejawiało się w nieśmiałych pomrukach, zwanych marudzeniem. Nie było wyjścia, należało uzupełnić zasoby cukru. Postanowione zatem. Czas na kawę i coś słodkiego. Włoskie tiramisu, mmm… rewelacja. Jeszcze siedzieliśmy w ogródku kawiarenki w centrum miasteczka kiedy zaczynało zmierzchać. Mimo wyznawanej filozofii „pośpiechem się brzydząc” postanowiliśmy sprawnie się zebrać i ruszyć w kierunku teatru. Kiedy dotarliśmy pod bramę muzeum okazało się, że zwiedzanie było możliwe do 16:00. Minęła już 17:00. Jakież było nasze rozczarowanie. Wtedy też uświadomiliśmy sobie, że zostało nam niewiele czasu. Ruszyliśmy zatem w stronę katedry. Uliczki Taorminy wspaniałe. O zmierzchu oświetlone latarniami, co sprawiało, że przystawaliśmy nie mal co krok i podziwialiśmy stojące tu kamieniczki. Na chwilę też zajrzeliśmy do sklepu, jednego z nielicznych gdzie można było zobaczyć osławione akty młodych chłopców. O nich przeczytacie w przewodnikach turystycznych. Dotarliśmy do deptaku, z którego rozpościerał się widok na może. Piękne! I tu właśnie zastała nas decyzja, że pora wracać i tym razem (ponownie ku rozpaczy Łukasza) nie zobaczymy katedry. Byliśmy zaledwie w pół drogi. Czasu nie starczyło. I prawdę mieli Ci, co mówili, że Etna i Taormina jednego dnia? To nie możliwe. I tak jest, każde z tych miejsc warte jest całego dnia. Nic to, następnym razem…. Wróciliśmy do samochodu, wspomnianym labiryntem serpentyn wyjechaliśmy z miasteczka. Teraz już prosto na Katanie, na ostatnie lekcje Tango Stage.

Dotarliśmy na miejsce i natychmiast wzięliśmy się do ćwiczeń. Dwie lekcje z Luisem i Maleną dopełniły wieczoru. Ćwiczyliśmy i ćwiczyliśmy. To znaczy kto ćwiczył, ten ćwiczył. Ja akurat nabywałam nowych umiejętności – ćwiczyłam z aparatem fotograficznym Wojtka, wprawiając tym jednych w zadowolenie, innych, no cóż, w irytacje. W każdym razie lekcje udokumentowane, a ja już wiem, że co jak co, fotografem nie zostanę. Kończymy lekcje, jeszcze czas na ostatnie zdjęcia. Czekała nas jeszcze kolacja i nadzieję, że w końcu zjem tą sycylijską pizzę. 

Nie wszyscy z sycylijskich Tangueros mogli nam towarzyszyć podczas kolacji, zatem, aby im podziękować za serdeczną gościnę, wznieśliśmy toast (tak, znowu toast, i nie ostatni). Ale, ale jedyny taki toast podczas całej podróży. Otóż zaprosiliśmy naszych gospodarzy na Żubrówkę. Polską, naszą Żubrówkę. Nie polecam tym eksperymentów na przyszłość, albowiem zakup soku jabłkowego na Sycylii jest nie lada wyzwaniem. Pokrótce zapoznaliśmy sycylijskich Tangueros z tradycją picia Żubrówki w naszym kraju, i wznieśliśmy toast za tak udane Puente de Tango. Nie muszę dodawać chyba, że nasz rodzimy trunek zachwycił gospodarzy? W końcu to polska żubrówka.

Kolacja, ostatni etap naszego pobytu. Zasiedliśmy do stołów i rozpoczął się czas studiowania menu. Ja wiedziałam od pierwszego dnia, że to będzie pizza, nie wiedziałam tylko jaka. Wybór był okazały, i że nie chciałam zamawiać tego, co można zjeść w krakowskich pizzeriach, zamówiłam pizze z małżami. To był błąd. Pizza była dobra, ale te skorupiaki na moim talerzu jakoś mnie nie zachwyciły… No cóż, lekcja na przyszłość. Skorupiakom na pizzy mówimy nie! 

Kiedy wszyscy dostali już zamówienie, nadszedł czas ostatniego toastu. Rozmawialiśmy oczywiście we wszystkich językach świata, no prawie. Po polsku, hiszpańsku, włosku, angielsku, francusku i chyba nawet niemiecki obił mi się o uszy. Najbardziej skuteczny w komunikacji, jak to często bywa  takich sytuacjach, okazał się język międzynarodowy – na migi. Zjedliśmy, wypiliśmy i czas było się żegnać. Choć mamy nadzieję, że nie na długo, tylko do kolejnego Puente de Tango. Esssa!

Dziękuję za wspólną podróż i liczę na następne, z Wami rzecz jasna!
Amelia

 

Galeria fotografii na naszej stronie www.tangoprojekt.pl,
zapraszamy do oglądania >>