Dzienniki Rudej

Boskie Buenos Aires

styczeń/luty 2018

Fot. Anna Mossler

Tych, którzy chcą razem z nami spacerować ulicami Buenos. Odkrywać te znane i nieznane cuda i cudeńka tego miasta. Jego kulturę, ludzi i zwyczaje. Ot, zwykłą codzienność. zapraszamy do lektury. 

Kiedy zaczęłam spisywać wydarzenia tej podróży, była sobota (3 lutego), godz. 20:52 czasu lokalnego, w Krakowie dochodziła pierwsza w nocy. Byłyśmy wtedy w apartamencie w San Telmo, przy ulicy Carlosa Calvo. Tego wieczoru miałyśmy ruszyć śladem Viejo Tango en San Telmo, tak się też stało.

Kiedy tworzę tą stronę, jest wtorek (6 lutego), godz. 22:54 czasu lokalnego, za chwilę wybieramy się na milongę La Catedral. Zanim napiszę, jak było, a właściwie, jak będzie, cofnę się do pierwszego dnia, do wieczoru, w którym wyruszyłyśmy z krakowskiego dworca autobusowego do Budapesztu. Nie było bardzo zimno, ale była mżawka, to na pewno. Oczekiwanie na spóźniający się autobus przy nie wiadomo jakim stanowisku, tez nie było najprzyjemniejszym doświadczeniem. Ale tak właśnie, zaczyna się ta historia…

Piszę ją dla nas, dla mnie i dla Ani. Chcemy pamiętać ten czas. Dobrze nam tu. Dlatego właśnie będą to Dzienniki Rudej, i jej i moje równocześnie. Ja piszę, Ania robi zdjęcia. Wszystkie, które znajdą się w tych dziennikach będą jej autorstwa. Robi piękne zdjęcia i cudownie opowiada o architekturze, ujmująco tropi ślady historii w budynkach spotykanych na ulicach Buenos.

Tych, którzy chcą razem z nami spacerować ulicami Buenos i odkrywać tez znane, i nieznane cuda i cudeńka tego miasta, zapraszamy do lektury. 

O godzinie 22:50 odchodził autobus (według planu) z krakowskiego MDA, kierunek Budapeszt. Stamtąd samolot do Londynu, a potem już prosto do Buenos. Tak miała wyglądać nasza podróż. I zasadniczo taka była, prosta i zwyczajna, z małymi tylko urozmaiceniami, o czym przeczytacie później.
We dwie (ja i Ania) prowadzimy życie nazwijmy to urozmaicone. Pracoholiczki z pasji i zamiłowania, perfekcjonistki (co bywa upierdliwe nawet dla nas) i do tego z dużym wyczuciem sensu działań, a bardziej ich braku. Kim my właściwie jesteśmy?  Ona (Ania) – konserwator zabytków, ja (Amelia) – właścicielka Por Fiesta Club. Ona godzinami na rusztowaniu może poprawiać, sztukować i punktować, ja godzinami mogę planować, urządzać, dopieszczać. Ona – rozum, ja – serce. Ona i ja – rudzielce z krwi i kości, a już na pewno z charakteru. Uparte i przyzwyczajone stawiać na swoim. Ona i ja, miast dyskutować wolimy działać. Ona i ja – bardzo potrzebujemy wakacji. Zatem decyzja zapadła: w drogę!
Przygotowania do drogi poszły błyskawicznie. Szybkie decyzje, co ze sobą zabrać. Tak naprawdę do ostatniej minuty nasze myśli krążyły wokół spraw, które miały zostać w Krakowie na niemal miesiąc. Do ostatnie minuty sprawy do załatwienia sypały się, jedna za drugą. Ostatecznie dałyśmy radę. 
Około 22:20 zadzwoniłam do Ani, gdzie jest. Czekała już na dworcu. W Krakowie nie było zimno, mżyło i jakoś tak, nie miało się ochoty na nic. Szłam w wiosennej kurtce między ludźmi opatulonymi w zimowe płaszcze i z czekoladowym shakiem w ręce. Za mną toczyła się lekko moja walizka. W głowie przelatywały pytania auto-kontrolne, czy wzięłam to czy tamto. Wiedziałyśmy, że na miejscu będą znajomi, którzy w razie czego poratują, ta świadomość uspokaja i pozwala skupić się na dwóch najważniejszych rzeczach. Paszport i jako taki zapas gotówki.
Odnalazłam Anię, a raczej ona wypatrzyła mnie. Jak inni, stała na dworcu, otulona ciepłą kurtką i w czapce na głowie (kiedy to piszę, jest około 30 stopni i obraz ten przywoływany w mej pamięci, jest nieco abstrakcyjny). Trochę zdziwiła ją moją wiosenna garderoba, ale jak się później miało okazać, obie nie dowierzałyśmy, że tu będzie gorąco. Trochę już nasiąknięte polskim latem, kiedy po dwóch trzech dniach gorąca spodziewamy się ochłodzenia albo deszczu. Tu, w Buenos miało powrócić wspomnienie gorących letnich dni.
Nie wiedziałyśmy z jakiego stanowiska odchodzi czerwony rumak. Nie było żadnych informacji na tablicach, okienko informacji już zamknięte. Nie pozostało nic innego jak wypatrywać autobusu na horyzoncie. Takich, jak my było znacznie więcej. 
Opóźniony autobus, na szczęście tylko kilkanaście minut, podjechał. Dość sprawnie zapakowałyśmy nasze bagaże i zajęłyśmy nasz miejsca na górnym pokładzie. W autobusie było ciepło, więc jak tylko umościłam się w fotelu bez namysłu oddałam się we władanie Morfeusza. Gdzieś po ciele krążyła jeszcze (albo już) ekscytacja zbliżającej się podróży, zwłaszcza samolotem, lecz ostatecznie zmęczenie wzięło górę. Przespałam niemal całą podróż. Raz na czas kontrolnie otwierałam jedno oko, ale jak tylko moja świadomość odnotowała, gdzie jestem i że wszystko dobrze, zaraz oko me gasło pod ciepłą i leniwą powieką.

Nasze piosenki

Między 5:00 a 6:00 rano dojechaliśmy na dworzec autobusowy na przedmieściach Budapesztu. O tej porze bardziej przypominał on połacie niezamieszkanych ziem niż współczesny punkt komunikacji miejskiej. Budapeszt do końca mych dni będzie przywodził mi na myśl wspomnienie czasów, kiedy miasto to zwane było Budą, a władcą jego był Sulejman. Trzeba było dojechać do centrum, a stamtąd na lotnisko. Hm, jednak nadal była to ciemna noc, a oznakowań ani śladu. Można było oczywiście wygooglać wszystko, ja jednak zdecydowałam się sięgnąć do starej, sprawdzonej aplikacji analogowej „zapytaj lokalsa”. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i tu napotykamy małą trudność, bo Węgrzy po polsku nie, my po węgiersku tym bardziej, z angielskim też raczej słabo. Zresztą w oczach mieli niemal błagalne „tylko nie pytaj mnie”. Zastanawiam się do dziś skąd właściwie nam się wzięło porzekadło „Polak, Węgier, dwa bratanki…”

Ostatecznie, po części na migi, a po części siło woli Pan z kiosku wytłumaczył nam, nie, jednak pokazał stacje metra, która była za ścianą jak się okazało. Tam po zakupie biletów z pewnym Węgrem w automacie dworcowym ruszyłyśmy przed siebie (mniej lub bardziej pewnym krokiem). Już za chwile naszym oczom okazała się obsługa metra i rosły mężczyzna w średnim wieku, który nie dość że mówił po angielsku, to jeszcze lubi sobie pogadać… no i prawie nas zagadał.  Grzecznie się wymówiłyśmy z przedłużającej się konwersacji i wsiadłyśmy do metra – kierunek centrum. Była 7 z minutami, cieplej niż w Krakowie, niebo zapowiadające słońce. Nawet był plan pochodzić trochę ulicami Budapesztu, ale że wszystko było zamknięte wokół i byłyśmy bez szans na poranną kawę, plan pozostał tylko planem. Zdecydowałyśmy pojechać prosto na lotnisko komunikacją miejską. Po 8 byłyśmy już na lotnisko. Umówmy się, strona przed odprawą jest średnio, a nawet mało ciekawa, a do odprawy czekało nas co najmniej 6 godzin.

Perspektywa oczekiwania nie robiła na nas (przynajmniej na mnie wrażenia) póki co. Znalazłyśmy kawiarenkę, zamówiłyśmy ciepłe kanapki i kawę, i wreszcie mogłyśmy usiąść, porozmawiać. W końcu nie widziałyśmy się od dłuższego czasu, więc było o czym. Rozmawiałyśmy też o Buenos… O naszych wyobrażeniach, jakie będzie to miasto, co będziemy robić, choć nadal nie docierało do nas, że to już ten moment, jesteśmy na urlopie.

Czas biegł leniwie, po kilku godzinach przyszedł czas na zmianę miejsca. Zebrałyśmy swój wakacyjny nieład w bagażach i ruszyłyśmy w poszukiwaniu spokojnej lotniskowej przystani. Słońce w pełni, błękitne niebieskie niebo… już zaczynałyśmy nie pamiętać o zimie, którą chwile wcześniej zostawiłyśmy w naszym mieście.

Do 15:15 nie wydarzyło się specjalnie nic, no może poza jednym wydarzeniem, które dość szybko nabrało w wymiary dramatu – Anna M. zgubiła swoją ładowarkę…. Nie było łatwo ukoić jej stan ducha… oj nie…

16:00 z minutami, wreszcie mogłyśmy uwolnić się od ciężaru bagażu (dziś myślę, po co było tyle te go wieźć, wystarczyłyby dwie sukienki, ale jak już pisałam, nie wierzyłyśmy w to lato, które czekało na nas za oceanem). Jeszcze tylko odprawa celna i możemy wejść na drugą stronę. Nie śpieszyło nam się, mając w pamięci dopiero co opuszczone lotniskowe kawiarnie i ławki. Na szczęście tu otwierał się raj, choć na chwilę…. było gdzie usiąść, zjeść i zatopić się w zapachu kobiecych perfum…

17:45, jesteśmy w samolocie do Londynu. Bardzo boję się latać i za każdym razem mam nadzieję, że boski Morfeusz weźmie mnie w soje senne ramiona i chyba już rozpoznaje mnie w moich modlitwach. By chwile po starcie otula mnie błoga nieświadomość sennych marów. Anna M. nie specjalnie zabiega o względy Morfeusza, to też nie dzielimy jego krainy. Niestety nie bardzo wiem, co wtedy porabia…. Kiedy ja się budzę pochłaniają nas już lotniskowe wrażenia. I tak było tym razem. Obie wpatrywałyśmy się w żelazne ptaki ustawione na płycie lotniska.

Wysiadłyśmy, ja w błogiej nieświadomości, że kilka kroków i będziemy w odpowiednim miejscu na kolejną podroż. Tu Anna M. uświadomiła mnie, że te chwilą, może wcale nie okazać się chwila. Pamiętam jeszcze, że nasz samolot wydał mi się tak malutki w porównaniu z tymi, którym przypatrywałyśmy się z okienka samolotu…

Idziemy, betonowy, szary tunel. Jest jeszcze wcześnie, i mimo ekscytacji podróżą, wszystko to wydaje się jakieś szare, przygnębiające… Wychodzimy, zdaje się w terminalu B, nasz samolot wylatuje za dwie godziny z terminalu D. Bez większego zastanowienia sięgnęłam do aplikacji „zapytaj lokalsa” i ledwie wydukałam dwa zdania w polskiej angielszczyźnie do uroczej blond dziewczyny w punkcie informacyjnym, kiedy to stojący młody (może już nie tak bardzo młody) powiedział bez ogródek: „możecie po polsku”. Konsternacja. Widać z twarzy czy co? (Chociaż i tak nie najgorzej, tutaj, w Buenos biorą nas za Rosjanki i nie mam pojęcia dlaczego…. ile znacie rudych Rosjanek?). Młoda, sympatyczna kobieta o włosach kolory blond, łamaną polszczyzną wytłumaczyła nam jak pokonać odległą trasę do terminalu D.

Jesteśmy już niemal u celu. Jeszcze tylko szybkie zakupy, ładowanie telefonu i możemy wsiadać do samolotu, który (o jakaż to miła niespodzianka) jest gotowy do przyjmowania pasażerów około godzinę przed startem. Pierwszy raz miałam lecieć tak dużym samolotem. Wchodząc na pokład uspokajał mnie widok latynoamerykańskich twarzy. Ich za to (przynajmniej) zaskakiwał nasz widok: nie jedna, a dwie rude kobiety… zakładam, że jedyne rude na pokładzie tego samolotu…

Zajęłyśmy ostatnie miejsca, ostatniego rzędu, gotowe do drogi… lecimy. Ja w ramionach Morfeusza, Anna M. to z audiobookiem, to z sąsiadem an swym ramieniu, zastanawiając się co lepsze w tej sytuacji… tak zakończyć miał się dzień drugi. Następny zaś miałyśmy przywitać już w boskim Buenos Aires.

Obudziłyśmy się około 6 rano naszego rodzimego czasu. No dobrze, ja się obudziłam, bo Ania noc spędziła na regularnie powtarzających się przebudzeniach, w których zwykle zaskakiwał ją latynoski sąsiad. A to przysnął na jej ramieniu, a to znacznie nastawał na jej część powietrznej przestrzeni intymnej. Był to zasadniczo młody mężczyzna. W wieku pracująco – produktywnym. Sprawiał wrażenia, jakby „wypadł na chwilę” na spotkanie służbowe, a podróże między kontynentalne traktował jak ot podróż taksówką na trasie Nowa Huta – Centrum. Może bardziej pendolino na trasie Kraków – Warszawa.

Ja zaś pamiętam z moich przebudzeń, że raz okienko lotnicze było otwarte, raz zamknięte. Potem okazało się, że to były przejawy nocnej egzystencji, a może raczej nudy Anny M. 

Śniadanie podano na czas, tzn. czas, w którym głód u Anny M. już znacznie przybierał na sile i mogłoby to zakończyć się katastrofą. Po posiłku umościłyśmy się na nowo w naszych fotelach. Ja weszłam w świat filmowej przygody trzech staruszków rabujących bank (cudowny, ciepły film o przyjaźni – polecam), Ania zaś toczyła swoją przygodę z sennym towarzyszem podróży, na zmianę to przeglądając filmy, to słuchając audiobooka „Służące”. Do ucha czyta jej Anna Seniuk i robi to wspaniale, z ogromnym wyczuciem akcji powieści. Annę Seniuk jako lektora poleca Anna M.

Wylądowaliśmy zgodnie z planem, około 9 rano czasu lokalnego. Na lotnisku miał na nas czekać znajomy, więc byłyśmy spokojne i mocno wyluzowane… Szłyśmy z lekką, europejską nonszalancją po miękkiej wykładzinie. Po naszej prawej stronię ciągnęła się ściana ze szkła, która od samego początku naszego pobytu na argentyńskiej ziemi pozwoliła cieszyć oczy błękitem nieba. Rozkosz dla oczu, serca i umysłu. Zwłaszcza dla nas, tak wytęsknionych ciepła i słonecznego nieba.

Ostatnie paszportowe kontrole i możemy brnąć w nasze nowe miasto. I tu po raz pierwszy dała nam (a już mi na pewno) prztyczka w nos europejska nonszalancja. W świecie internetu i życia w dżungli elektronicznych gadżetów, zapomniałam już o notowaniu adresów, numerów telefonów na kartce. Zwykłej, białek kartce papieru. Po co? Skoro wszystko jest w telefonie. Tylko, że telefon lubi się rozładować w najmniej oczekiwanym momencie (mimo, że był naładowany). No i jakoś trzeba były wybrnąć z odpowiedzią na pytanie: gdzie się Pani zatrzyma? Ja jeszcze zdążyłam pokazać adres zapisany w telefonie. Przy odprawie Ani, telefon zrobił sobie przerwę i odmówił wszelkiej współpracy. Coż było robić? To, co zwykle czynią kobiety w takich sytuacjach. Sięgają do zasobów wrodzonych talentów. Tak, więc siłą wrodzonego uroku osobistego przekonałam pana celnika, żeby odpowiedzi na powyższe pytanie poszukał u swoje koleżanki po fachu w okienku nr 5. Patrzył na mnie wymownie… ale uległ, i zapytał. Potwierdził moją wersję wydarzeń i teraz już tylko pozostało odebrać bagaż, i witaj boskie Buenos!

Nasz przyjaciel czekał w towarzystwie innego gentlemana, który niemal bezwiednie przejął mój bagaż. Potem, jeszcze wielokrotnie miałyśmy doświadczyć właśnie takiej, cichej i oczywistej wręcz męskiej pomocy… przy bagażach, przy drzwiach i innych codziennych drobiazgach. Cudowne jest to uczucie. Na mnie działa kojąco, pozwala delektować się stanem bycia kobietą. 

Jak myślę o wrażeniu jakie robią na mnie mieszkańcy tego miasta, to potwierdzę opinie innych. W zdecydowanej większości są to ciepli, mili, spokojni i serdeczni ludzie. Otwarci i chętni do kontaktu, rozmowy. Myślę też, że nadal mają w sobie pewien rodzaj dumy. Taki, który sprawia, że nawet kiedy jest ciężko i trudno, zachowują twarz, że tak to nazwę. Z podniesioną głową mówią, że wszystko dobrze, że sobie radzą. Kiedyś myślałam, że to przejaw arogancji, dziś rozpoznaję w tym zjawisko, o którym przeczytałam w jednej z książek Javiera Maríasa. Pisze on, że dawniej (w latach 20., 30. i wcześniej) bezradność była czymś, co każdy chciał ukryć, zachować dla siebie, poradzić sobie mimo wszystko. Dziś zaś żyjemy w czasach dziwnego ekshibicjonizmu swojej niemocy i bezradności. 

 

 

Wsiadłyśmy do samochodu i krótko potem padło (niezręczne) pytanie od naszego kolegi: pod jaki adres Was zawieść? Hmmm… Komórka dalej byłą w świecie elektronicznej niemocy, a możliwości na podładowanie jakoś nie było widać na horyzoncie. Nie było więc (póki co) innego wyjścia, niż jechać przed siebie. Prawdę powiedziawszy liczyłam na to, że cudownym natchnieniem spłynie na mnie rozwiązanie tej sytuacji (nie muszę dodawać, że kolegą był zirytowany sytuacją). Jechaliśmy przed siebie, ja i Anią chłonęłyśmy krajobraz przedmieścia. Architektura niby to europejska, niby to egzotyczna. Widok ten był zapowiedzią stylu architektury miasta, który roboczo nazwę cudowne pomieszanie z poplątaniem. Na czym ono polega? Miałyśmy się przekonać w przeciągu najbliższych dni.

W powietrzu czuć było klimat hiszpańskiej mañany, i by najmniej nie ma to nic wspólnego z naszym rozumieniem tego słowa. Mam poczucie, że unas mañana kojarzy się szeroko pojętym nieróbstwem czy nawet lenistwem. Tutaj, to raczej stan ducha, spokoju i harmonii.

Kiedy wracam wspomnieniem do tej pierwszej podróży samochodem ulicami Buenos, w głowie słyszę melodię piosenki Chan chan z  Buena Vista Social Club. Tak, to to samo wrażenie… szeroka, prosta ulica ciągnąca się kilometrami. Po obu stronach domy, zabudowania, fabryki. Tu na przedmieściach ubogie, obdrapane, czasem opuszczone. Drzewa, które znamy z europejskich miast pomieszane z plamami i bujnymi krzewami. Rośliny, u nas pędzące skromny żywot roślin doniczkowych, tutaj puszą się w bujnych koronach drzew. Pyszne i dumne. Prawdziwi i jedyni władcy ulic.

Fiskusy imponujących rozmiarów w kolorze soczystej zieleni. Drzewa i krzewy, które uśmiechają się barwami swoich kwiatów. Tak, tutaj ulice się uśmiechają i choć chaos architektury, pomieszanie zamożnych i ubogich, starych z nowym, a nawet nowoczesnym. Jednych wystrasza, innych napawa zachwytem. Nas zachwycało.

Urok architektury boskiego Buenos miało się dopiero ukazać naszym oczom. Jednak to, co widziałyśmy w czasie drogi z lotniska, szeptało w naszych sercach, że odnajdziemy tu dom. 

W stanie błogiego ukojenia do mej uśpionej świadomości zapukało rozwiązanie elektronicznego problemu: przecież mogłyśmy zamienić karty w telefonach. Przy pierwszej podjętej próbie rozbiórki, mój telefon ocknął się na kilka sekund na oparach wirtualnego paliwa.. Szczęśliwe wystarczyło to na odczytanie adresu: Lambaré 1265. Tu właśnie mieści się uroczy pensjonat Tango Oasis, w którym miałyśmy mieszkać przez większość czasu naszej podróży. Prowadzą go Luis Bianchi i Daniela Pucci, tancerze i nauczyciel tanga, znani nam (i Wam pewnie też) w Krakowie. Od wielu lat odwiedzają nasze miasto, w którym czują się jak w domu (mira vos!). Tutaj uczą i tańczą, tutaj mają przyjaciół. Kilkakrotnie też prowadzili warsztaty w naszym klubie, a jeszcze w tym roku zrobią to ponownie. Na przełomie sierpnia i września będzie ich seminarium i tematyczne warsztaty tanga i milongi.. Już dzisiaj serdecznie zapraszamy.

Tango Oasis to kamienica, tak myślę możemy ją nazwać, typowa dla starej zabudowy w dzielnicach Palermo, czy Villa Crespo. Dwa pietra mieszkalne i najwyższa kondygnacja, na której znajduje się kuchnia z jadalnią, coś na kształt małego salonu i taras. To właśnie z tego tarasu pochodzi pierwsze zdjęcie moich stópek w japonkach w promieniach gorącego, argentyńskiego słońca.

Czekała na nas Lorena, młoda kobieta, piękna. Zaprowadziła nas do naszego pokoju, nr 5. Urocze małe sypialnie o ścianach hiszpańskiej bieli, do tego drewniane okna i drzwi. Stare, stylowe meble. Wszystko w stylu dawnego Buenos, jak u nas w klubie, tyle że u nas po krakowsku.

Zostawiłyśmy bagaże, zrzuciłyśmy wiosenno-zimowe ubrania i w miasto. Dostałyśmy nasze pierwsze pesos, więc spokojnie (z rozdziawioną buzią) mogłyśmy pójść na nasz pierwszy argentyński spacer i posiłek. Najpierw oczywiście posiłek. Było około południa czasu lokalnego, w Krakowie dochodziła 16:00, czyli standardowa moja pora obiadowa.

Wybraliśmy się do lokalnej knajpy, zdaje się o nazwie Angelitos. To miejsce, w którym stołują się mieszkańcy, głównie mężczyźni. Wystrój przypomina bar przy stacji benzynowej, bez szaleństw. Ot serwują jedzenie. Myślę, że a) same nie odkryłybyśmy tego miejsca,  b) nawet gdyby został spełniony warunek a, to nie zapuściłybyśmy się na tereny męskiego baru. I dobrze, że warunek a i b nie mógł zostać spełniony, bo jedzenie było bardzo dobra. Pierwsza Minalesa Neopolitana, czyli mięso wołowe na kształt naszego schabowego z żółtym serem i pomidorem. Tarta warzywna (tart mają tu duży wybór, różnych wielkości i smaków. Mniam), no i oczywiście złocisty napój bogów. Tu po raz pierwszy wypiłyśmy Quilmes de un litro. Argentyńskie piwo, które jak się miało okazać, było naszym codziennym napojem, na równi z wodą, lub zaraz po niej. Dobrze schłodzone, lekkie i dobre w smaku, by najmniej dla nas, dwóch wątłych kobiet (pamiętajcie, że stołujemy się w knajpie rosłych Argentyńczyków). Piwo pije się w towarzystwie, stąd duże litrowe butelki.

Rozmowy między ludźmi zawiązuję się niepostrzeżenie, spontanicznie. Oni chcą i lubią ze sobą rozmawiać. My trochę (a nawet zaryzykuję, że bardzo) utraciliśmy tą ludzką, naturalną chęć kontaktu, rozmowy o tym co słychać, jak się masz sąsiedzie. Tu na każdym kroku słuchać „hola, como te va?” i zaraz za tym odpowiedź „bien, bien, todo bien”. Idąc ulicach słyszałam wielokrotnie „impresionante, heromoso,  q lindo”. Nic z ponurego narzekania, o tym jak źle i jak ciężko. Wiem, wiem, nie jestem obiektywna i wiem, Argentyna ma całą masę swoich problemów, ale w tym wszystkim ma (nadal ma) zwyczajną ludzką wrażliwość i troskę o siebie nawzajem. Coś, co o pamiętam z dziecięcych lat z mojej rodzinnej miejscowości: otwarte drzwi w bloku, sąsiadów wpadających po szklankę cukru, która zazwyczaj kończyła się wspólną kawą, dzieciaki bawiące się godzinami na placach pod blokiem, i tylko nieustanie wykrzykiwane słowo: maaamooooo, maaamooooo, rzuć to czy tamto (przez okno oczywiście), a wieczorami, nasze mamy krzyczące z okien: choć już do domu… Tak to pamiętam i za tym tęsknie, w pełni świadomości, że czas lubi idealizować wspomnienia w naszej głowie.

Wiedziałam już z opowieści, że tak tu jest. I naprawdę, tak tu jest.

Po leniwym obiedzie, jeszcze krótka chwila na kawę i lody. Kawa smakuje tu wybornie, niemalże w każdym barze i nie wiem z czym dokładnie ma to związek, ale przypuszczam, że z ilością kawy w kawie. Lody…mniam. Pyszności! Tu, pierwszego dnia smakowały najlepiej. Ja smakowałam w mrożonej czekoladzie, Anna M. właśnie tu odkryła smak duce leche, i to miało ją zgubić w niedalekiej przyszłości. Po nie tak krótkiej chwili przyjemności ruszyliśmy w miasto. Teraz miałyśmy się przekonać, co to znaczy miasto duże. Za kilka dni przekonamy się co to znaczy miasto ogromne.

Najpierw szybkie przeszkolenie, jak korzystać z metra i mogliśmy ruszać w drogę. Chodziliśmy ulicami, najpierw dzielnicy, a potem centrum miasta z ciągle wyrywającym nam się och i ach. Czas na mały ogląd architektury Buenos Aires. Kamieniczki mniej lub bardziej zadbane, niektóre sypiące się już, w nieładzie, a czasem w opuszczeniu. Dominuje niska zabudowa. Jedno, dwa piętra i tars. Między nimi strzeliste współczesne bloki (od kilku do kilkunastu pięter). Budynki układają się w kwadratach, tzw. cuadras. Kiedy niszczeje jeden budynek, najprawdopodobniej zostaje wyburzony i na to miejsce powstaje nowy, strzelisty blok mieszkalny. System cuadras wynika z geometrycznego podziału miasta na kwadraty. Ulice są do siebie równoległe lub przecinają się z innym pod kątem prostym. Jedna ulica może ciągnąć się kilometrami.

W naszej dzielnicy, podobnie jak w Villa Crespo, Palermo czy San Telmo dominuję cudowna architektura w stylu pomieszania z poplątaniem, jak już wcześniej wspominałam. Dominuje modernizm i art deco z widocznymi jeszcze śladami secesji. Budowle są duże, budowane z większym rozmachem i odwagą (?), niże te, które znamy z europejskich miast. Zapewne ma to związek z czasem powstawania miasta, czyli zasadniczo przełomu wieków XIX i XX. Niczym nieskrępowani architekci mogli dać wyraz swoim upodobaniom i wizjom. Wyznaczanie ulic, terenów mieszkalnych było już wolne od średniowiecznych zasad wąskiej i niskiej zabudowy. Do tego dołóżmy ówczesnych prezydentów wysokich ambicji i najlepszych architektów sprowadzanych z Europy. Wyraźnie widoczne wpływy francuskiej i hiszpańskiej zabudowy. Typowe francuskie balkony, tonące w kwiatach. Wysokie, wąskie okna, drewniane okiennice. Bramy wejściowe kute w metalu lub drewniane z rzeźbionymi i złoconymi zdobieniami.  Wewnątrz budynków patia, schowane pośród roślinności i cieni. Dominują kolory bieli, zwłaszcza przy głównych ulicach. No i kopuły, w pysznych budynkach centrum Buenos Aires. W mniejszych uliczkach spotykamy intensywne fiolety, błękity i czerwienie. Tutaj też rozmachu nabiera sztuka uliczna: mozaiki, malowidła i graffiti. Piękne mozaiki i azules lejos zdobią tutejsze metro, zachowane oryginalnie z lat 20. i 30. Tutaj nie było wojny, budynki nie zostały zbombardowane, zachowały się więc z czasów swojej świetności. I prawda, że wiele z nich uległo zniszczeniu lub burzono je pod współczesną zabudową. Pewnie nadal tak będzie się działo, nad czym ubolewa Anna M. Na szczęści jest już ustawa rządowa nakazująca utrzymanie zabudowy centru miasta w ich aktualnym wyglądzie. Może nie wszystko już jest takie, jak było, ale przynajmniej takie pozostanie. A z tego co pozostało, nadal wiele zadziwia i zmusza do otwarcia ust z zachwyty. Mnie najbardziej podobają się stare kabarety i teatry, ale o tym później.

Nasz pierwszy spacer ulicami Buenos z naszym kolegą w roli przewodnika, trwał około czterech godzin. Cztery godziny marszu, z krótkimi przerwami jazdy metrem, w letnim słońcu i temperaturze 27 stopni. To było coś. Zaczynało do nas docierać, że już zapomniałyśmy jak może wyglądać lato.

Wróciłyśmy do naszego argentyńskiego domu. Z rozkoszą weszłyśmy pod prysznic (osobno oczywiście), rozpakowałyśmy się pobieżnie i wreszcie czas na krótką drzemką po podróży. Tak założyłyśmy, że będzie krótka. Ha! O ludzka naiwności… W każdym razie planowałyśmy obudzić się około 19 i posiedzieć na tarasie, może obejrzeć jakiś film, może pierwsza milonga. Na spokojnie, w końcu to był pierwszy dzień naszych wakacji.

Jeszcze przed pożegnaniem naszego kolegi, zapowiedział nam, że około 21:00 „nos pega el sueño”, w luźnym tłumaczeniu: „padniemy jak muchy po zmianie czasu”. Domyślacie się, że w swej ekscytacji zbagatelizowałyśmy tą zapowiedź, i chyba nie muszę już dodawać, że nasza drzemka zakończyła się wprawdzie o 7, ale rano dnia następnego.

 

Obudziłyśmy się około 7 lekko skonsternowane, ale nic to, ostatecznie właśnie rozpoczęły się nasze wakacje, a to miał być nasz pierwszy samodzielny dzień w Buenos Aires. Byłyśmy gotowe na wszystko, ale na początek trzeba było wymienić pieniądze. Założyłyśmy (o ludzka naiwności), że uwiniemy się z tym dość szybko, o ile nie będzie dużych kolejek w banku, w którym byłyśmy poprzedniego dnia z naszym kolegą. Ja ufałam mocno mojemu intuicyjnemu wyczuciu miejsca i przestrzeni, Anna M. ufała w tej sprawie mi. Dodam jeszcze, że ciągle buchały nam w głowie obrazu europejskiego stylu życia i ulic obfitych w kantory… o ludzka naiwności, że się powtórzę…

Zanim ruszyłyśmy na pierwszy podbój miasta, czekał nasz wspólny poranek i pierwszy zarys wspólnych rytuałów. To była nasza pierwsza wspólna podróż razem. Znałyśmy się z klubu, ze wspólnych pogaduch na mniej lub bardziej ważne tematy. Jednego byłyśmy pewne, bycie rudą do czegoś zobowiązuje… Hm, obie jesteśmy dość podobne w zasadniczych cechach charakteru i celach życiowych… Bądź co bądź, nie od dziś wiadomo, że swój do swego ciągnie… 

A więc pierwszy wspólny poranek. Ania przyzwyczajona z polskiego życia wstawać skoro świt, czego o mnie powiedzieć jednak nie można. Na szczęście zmiana strefy czasowej na tyle zamieszała w naszych biologicznych zegarkach, że budziłyśmy się mniej więcej w podobnym zakresie czasowym, o poranku. Wstawałyśmy na tyle wcześnie, że cała społeczność Tango Oasis pogrążona w głębokim śnie. W końcu Buenos Aires żyję nocami. Już za kilka dni miałyśmy zrozumieć dlaczego.

Ania wstawała przede mną, na tyle, żeby móc samotnie posiedzieć w blasku wschodzącego słońcu na tarasie. Zanim zdążyła znudzić ją poranna samotność, ja budziłam się do życia. Tak zaczynał się rytuał naszych poranków. Śniadania: gotuje Ania, zmywam ja. Potem ja załatwiam sprawy komputerowe, co czasem drażni Annę M., bo to jednak opóźnia czas wspólnego wyjścia. W tym czasie Anna M. studiuje przewodnik po Argentynie, i chwała jej za to, bo dzięki temu na każdy dzień mamy ciekawy plan działania. Potem poranny prysznic (pierwszy z miliona) i wreszcie możemy iść!

Jeszcze tego samego dnia powstał zarys podziału ról i obowiązków, który naturalnie utrzymał się do końca naszego wyjazdu. Ania wyznacza plan dnia, ja dbam o nawigacje w miejskiej dżungli. Ania przemyśliwuje każdy zakup, ja wydaje pieniądze lekko i szybko, w związku z tym notorycznie pożyczam pieniądze od Anny M. Bo albo zabiorę za mało, albo wymienię za mało, albo kupię za dużo. No cóż począć, jak wszystko się człowiekowi tu podoba….

No więc pierwsze wspólne wyjście. Na początek wspomniana już misja wymiany waluty. Idziemy w pełnym zaufaniu, że trafimy do banku, w którym byłyśmy poprzedniego dnia. Ach, bo już zostałyśmy pouczone, że wymieniać walutę należy w bankach. 

Chodzimy i chodzimy, mijamy kolejne przecznice, acz poprawniej napisać: kolejne cuadras. Z aplikacji „zapytaj lokalsa” skorzystać nie możemy, bo ni jak nie pamiętamy nazwy ani zbliżonego adresu, o nazwę zapytać nie możemy bo w telefonie Wi-Fi brak, więc po co zabierać telefon. Tak idziemy i idziemy, no w końcu jakiś bank być musi, w końcu to duże miasto, ba stolica! Ja pamiętałam, że barwy są niebieskie. Ale niebieskie barwy mają również punkty Loteria, a tych nie wiedzieć czemu, jest od groma… Na każdym rogu niemalże.

W zapamiętanej przeze mnie część dzielnicy wyglądanego banku ani śladu. No to szybką decyzją i zmienimy kierunek, może tam. Po jakimś kilometrze przebytej trasy wyłonił się narodowy bank. Ale tu akurat euro nie wymieniają. No to pytamy pana, gdzie możemy wymienić. Skierował nas do większego oddziału dos cuadras de aqui. Ha! Zadowolone idziemy wyznaczoną trasę, praktycznie już pewne sukcesu i głodne. Ale do zaspokojenia tej potrzeby potrzeba było pesos…. Zachodzimy pod wskazany adres, a tu dowiadujemy się, że owszem euro wymieniamy, ale tylko klientom tego banku. No i masz tu babo placek. Głód przybiera, a nadziei na walutę coraz mniej.

Postanowiłyśmy zawrócić do domu i jednak zapytać kolegę o adres banku, gdzie wymieniają euro (nie)klientom tego banku. Już wracając, ja jeszcze postanowiłam zawalczyć i sprawdzić dwie ulice. Niestety, banku ani rusz, ale za to odkryłyśmy setki fajnych knajp z jedzeniem i kawą oraz supermarket przypominający te nasze, z Europy. Jak tu wyglądają sklepy. Ha! To temat na kolejny dzień. W każdym razie nazywają je Chino.

Dotarłyśmy do pokoiku nr pięć, mocno już sfatygowane i z pierwszymi oznakami upału na ciele, zarówno w zapachu, jak i w kolorze skóry. Kolegi w wirtualnej sieci ani śladu, głód przybiera na sile… trzeba szybko coś wymyślić. Daniela! Przecież ona musi coś wiedzieć. Myk, myk, myk, zapukałam do fejsbuczkowego okienka Danieli wyłuskując jej krótko nasz problem, na co ona: „a byłyście w Western Union, dos cuadras de aqui?” No, nie byłyśmy, podziękowałam ze wiadomość i prędziutko udałyśmy się do banku, tak to umownie nazwijmy. I nie myślcie sobie, to był (jest) prawdziwy bank, wygląda po prostu inaczej, jak oddział poczty w podmiejskiej miejscowości, np. w mojej rodzinnej wiosce. Tutaj też po raz pierwszy spotkałyśmy się ze zwyczajem „toque el timbre y espera que te abren”. Otóż w większości sklepów, i niektórych banków jest praktykowany zwyczaj zamkniętych drzwi. Zwykle są one przeszklone więc można zobaczyć, że za drzwiami toczy się handlowe życie. Ha! ale wejść w nie, nie jest tak prosto jak w Europie… Trzeba zlokalizować magiczny przycisk w pobliżu drzwi, nacisnąć i cierpliwie zaczekać, aż otworzą. Zwyczaj ten jest praktykowany we wszystkich mniejszych sklepach, a już na pewno w tych najbardziej przez nas pożądanych (no dobrze, przeze mnie) sklepach i butikach z obuwiem do tanga. Otwarte są Chino, Kioski i duże sklepy w centrum i galeriach handlowych, ale zdaje się, że jeszcze nie mają europejskiego zwyczaju dręczyć klientów zapachem. Znaczy zdaję się, że nie perfumują wnętrz handlowych.

Wracamy na Lambare i do drzwi wspomnianego banku. Nacisnęłam dzwonek, dźwięk postawiłby na nogi nawet umarłego, więc nie miałam wątpliwości, nawet cienia, że nas usłyszeli. I faktycznie, po krótkiej chwili rozległ się znany nam dźwięk domofonu, wrota (żelazne, porządne drzwi) zostały otwarte. Ta młodzieniec miłej aparycji dokonał z nami oczekiwanej transakcji i wreszcie dotknęłyśmy myślą błogostanu nieba i wolności. Swoją drogą mieć pieniądze i nie móc ich użyć, jest niemal równie irytujące jak pływać w morzu i nie móc się napić. Stan zagrożenia jest nieporównywalny, oczywiście, ale wierzcie mi, mój wyposzczony żołądek przeżywał to równie dramatycznie.

Wyposażone w argentyńskie (upragnione) peso możemy ruszyć w poszukiwaniu pyszności dla podniebienia i nie wiedzieć czemu wszystkie knajpki, które jeszcze przed chwilą, same, bezwstydnie narzucały się naszym „wygłodzonym” oczom, teraz, jakby na znak, pochowały się gdzieś w zakamarkach Buenos. Nic to, kierowane już tylko instynktem, wytrwale przemierzałyśmy kolejne cuadras w poszukiwaniu naszego miejsca. I ono tam było, czekało nas spokojne i dumne na rogu ulicy Gascón (ta ulica jeszcze nie jedno nam miała pokazać. Weszłyśmy do środka, do starej, dobrej knajpki z lat 40., może 50., zajęłyśmy stolik i już po chwili podszedł do nas camarero. Ach, cóż to był za mężczyzna! Doświadczony, to na pewno. Nie wiem ile mógł mieć lat, ale myślę, że około 60. Elegancki, spokojny i pewny swej profesji. Podszedł do nas zdecydowanym krokiem, przywitał się i przyjął zamówienie. Cudowne! I jeszcze nie raz miałyśmy tego doświadczyć. Chwile później przygotował nasz stolik i podał boski napój de un litro. Grzecznie zapytał, czy życzymy sobie con espuma o sin espuma? Znaczy nalać piwo do kufla z pianką i czy bez. No powiedzcie, gdzie się to zdarza jeszcze w popularnej knajpce na rogu u nas? No cóż w krajach iberoamerykańskich zawód camarero, to bardzo poważna i szanowana profesja. Stąd spotyka się kelnerów w sędziwym wieku. Tam nie traktuje się tego zawodu, jak coś na poczekaniu dla studentów. Tam to całkiem poważne studium etykiety i psychologii klienta. I Oni naprawdę to potrafią. Szacunek i czapki z głów, zwłaszcza wobec tych doświadczonych wiekiem. Jeszcze w kilku knajpach miałyśmy tego doświadczyć i każda z nich była co najmniej z lat 50. ubiegłego wieku, jeśli nie starsza.

W błogości serca i umysłu spożywałyśmy nasze zmówienie, popijając je złocistym i dobrze schłodzonym napojem. Ja zdaje się zamówiłam tartę, Anna M. empanadas. Smaczne. Nasycone i odprężone mogłyśmy ruszyć do pokoiku nr. 5. Ja myślałam o wieczornej milondze, ale nic nie było pewne. No może tylko lekkie oszołomienie i nadal trwający błogostan. Wolnym krokiem dotarłyśmy na nasze piętro. Nie wiem ile było stopni, ale 30 z pewnością. Zatem szybki prysznic i sjesta. Taaaak, w dodatku tutaj to jest legalne. Nie powiem, zwyczaj sjest starannie kultywuję również w kraju, co niekiedy spotyka się ze zgorszeniem lub co najmniej konsternacja, kiedy czasem ktoś wyrwie mnie telefonem z objęć mojego sennego kochanka. No cóż, wtedy trzeba wymyślać szybko jakąś sensowną odpowiedź (wymówkę) na poczekaniu i jakoś załagodzić reakcję po drugiej stronie słuchawki telefonu. A tu? Wystarczy słowo sjesta, i nikt nie pyta już o nic.

Szybki prysznic i bęc na łóżko…Nie wiem czy minęło 10 min i już byłam w innym stanie świadomości (nie ukrywajmy, złocisty napój znacznie przyśpieszył ten proces). Anna M., zdaje się czyniła jeszcze łazienkowe rytuały, kiedy ja już śniłam, acz nie wiem o czym…. Chyba to było przyjemne, bo obudziłam się zrelaksowana no i niestety mocno rozleniwiona. Plan milongowy z każdą kolejną minutą oddalał się i kiedy tylko spotkałam się z Anną M. w rozbudzonym stanie świadomości, decyzja zapadła – realizujemy plan z poprzedniego wieczoru. Przekąski i film. Na początek wybrałam bajkę. Anna M. nie oponowała. Wyjaśniłam, że bardzo lubię oglądać bajki, bo tu wszystko jest jasne. Mniej więcej od razu wiadomo kto jest dobry, a kto zły i zwykle dobrze się kończy. A ja bardzo lubię takie historię. Ot co! No więc obejrzałyśmy jedną ze współczesnych, humorystycznych wersji bajek o Królewnie Śnieżce. Bajka zaczynała się od wprowadzenie w stylu dawno, dawno temu… ludzie byli szczęśliwi, cieszyli się i tańczyli całymi dniami i tu pojawiło się pierwsze wtrącenia narratorskie: ciekawe kiedy oni mieli czas pracować? Hm, kupiłam to. Rewelacja. Stety, niestety był to najmocniejszy fragment tego filmu, acz całość całkiem przyjemna i naiwna zgodnie z moim oczekiwaniem.

Po pierwszym seansie, jakiś niedosyt tlił się w mojej głowie, więc tym razem wybrałam coś z klasyki: Żądło. Ha, obejrzałam może 15 min i ponownie trafiłam do krainy sennych mar. Oj działo się tym razem. I znowu nie pamiętam, ale dnia następnego miałam obudzić się z poczuciem zmęczenia, tak jakbym co najmniej ja zagrała główne role w obu obejrzanych filmach i to wszystkie na raz. Ale to dopiero o poranku, a tymczasem dobranoc…

Środa, dzień trzeci ( w Buenos), to miał być właśnie ten dzień, a raczej wieczór… wieczór pierwszego tanga, pierwszej milongi. A tu bucika brak… W końcu nie jedzie się do boskiego Buenos z własnymi butami, to akurat wiadomo! Plan więc był następujący: śniadanie, a po nim spokojny, leniwy acz nienudny spacer w kierunku Santa Fe, tam właśnie umiejscowiony jest butik, jednej z bardziej pożądanych marek tangowego raju w Europie. Dokładnie rzecz ujmując chodziło calle Arenales, która biegnie równolegle do Sante Fe. Avenida Santa Fe należy do jednej z największych ulic w tym mieście i rozciąga się stąd aż do końca świata…. Poważnie! Kilka dni później w drodze autobusem podmiejskim do Tigre spoglądałyśmy na malujący się naszym oczom krajobraz, i co nam się ukazało? Av. Santa Fe! Ha! Dopiero kilka godzin (albo dni) później dotarło do mnie, że oni w każdej miejscowości mają te same ulice, a raczej ich nazwy. Sante Fe, to ta najważniejsza, jak u nas Floriańska. Inaczej będzie w Urugwaju, w Montevideo, ale o tym później.

W każdym razie celem zamierzonym naszej wyprawy miał być zakup butów, a skoro poprzedni dzień zakończył się bajką, w mojej głowie pojawiła się myśl przewodnia: „w pogoni za złotym bucikiem”. Buciki co prawda okazały się bardziej srebrne, albo chociaż brudno złote, a nawet wszystko razem. Za to pogoń naprawdę okazała się być pogonią. Jakiś czas później Anna M. studiując przewodnik po ziemi argentyńskiej natrafiła na fragment, który przeczytała mi na głos. Dodam, że trafiła na niego jakiś czas po tym spacerze, ale właśnie wspomnienie tego dnia stanęło nam wtedy przed oczami. Fragment ów podaje: ​Buenos Aires, mimo całego ogromu jest łatwe do zwiedzania.​ Ulice mają logiczny układ i uporządkowaną numerację, sieć autobusowa jest rozbudowana i działa dość sprawnie, a taksówką można dojechać w wybrane miejsce za stosunkowo niewielką opłatę. Ale najlepiej zwiedzać Buenos pieszo, ponieważ w ten sposób trafia się do ładnych parków albo na ciekawe podwórza, do których trudno dotrzeć w inny sposób. teren jest płaski, więc trudno się zmęczyć. Trzeba tylko pamiętać, że piesi nie mają tu zbyt wielu praw. A zatem powodzenia albo – jak mówią miejscowi: Suerte!

 

A teraz przeczytajmy go wspólnie raz jeszcze, zatem: ​Buenos Aires, mimo całego ogromu jest łatwe do zwiedzania (prawda, choć dyskusyjna, tyle jest tu do zobaczenia, że trzeba to dzielić na partie i na dni).​ Ulice mają logiczny układ (prawda, matematyka nie bez kozery jest matką nauk) i uporządkowaną numerację (chyba prawda), sieć autobusowa jest rozbudowana (prawda, po stokroć prawda) i działa dość sprawnie (prawda, i do tego dość tania, a momentami bardzo tania. Raz nawet, chyba, Pan kierowca w ogóle nas nie skasował za przejazd, bo miałyśmy do pokonania jakieś dwa przystanki, ale chyba, bo nie wiem czy dobrze go zrozumiałam.  W każdym razie wtedy, dnia trzeciego jeszcze nie posiadłyśmy tajników podróżowania autobusami), a taksówką można dojechać w wybrane miejsce za stosunkowo niewielką opłatę (prawda). Ale najlepiej zwiedzać Buenos pieszo (prawda, po stokroć prawda, o ile się wie, gdzie się idzie, no choć ma się jako tako zarysowaną koncepcję), ponieważ w ten sposób trafia się do ładnych parków albo na ciekawe podwórza (można tam trafić nawet to planując, Annie M. się udawało), do których trudno dotrzeć w inny sposób (no w sumie wjechać na conventigios autobusem było by ciężko, ale do parku, czy ja wiem?…). teren jest płaski, więc trudno się zmęczyć (Ha! ha! ha! Ten fragment doprowadził nas do łez, ze śmiechu rzecz jasna, następnym razem autor tego tekstu powinien przejść się razem z nami, choć raz….) Trzeba tylko pamiętać, że piesi nie mają tu zbyt wielu praw (dyskutowałabym, otóż na czerwonym lub sygnalizacji stop można przechodzić legalnie, kiedy nic nie jedzie, gorzej jak się jest na środku przejścia i właśnie zapala się zielone dla pojazdów. Cóż, wtedy lepiej nie być na środku przejścia. Na sygnał „jedź”, ruszają wszyscy z kopyta, i nie jest to jeden pas…oj nie.). A zatem powodzenia albo – jak mówią miejscowi: Suerte! (Tego akurat miałyśmy całkiem sporo…).

 

Zatem wracając do naszej wyprawy śladem złotego bucika i celowo użyłam słowa wyprawy. Co prawda czymże dla nas jest pokonanie pieszo dystansu Av. Corrinetes, altura 4600 – 47000 w kierunku Av. Santa Fe, altura jakakolwiek. Toż to na mapie rzut beretem, co to dla nas, dwóch zaprawionych w bojach pieszych dystansów -Te pyszne myśli bezwstydnie tłoczyły się w naszych głowach i dalej – całe życie niemal poruszam się dwójką (na dwóch nogach), przeszłam moje rodzime dzielnice wzdłuż i wszerz przynajmniej tysiąc razy. Co to dla mnie leniwy spacer na Santa Fe! O ludzka naiwności… 

No więc jak to właściwie było…

Obudziłyśmy się skoro świt, pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy: „cudownie, mam czas na robótki internetowe w ciszy zanim wstaną inny i zrobi się rozgardiasz w kuchni, obrobię się z robotą zanim Anna M. wstanie, elegancko”. Potem miało się okazać, że to tylko efekt zmiany czasu i już za jakiś czas znowu o 9:00 rano ledwie będę podnosić zaspaną powieką z nadzieją, że to jeszcze nie czas na wstawanie, że jeszcze chociaż pół godzinki. Ochhhh jak ja to lubię, obudzić się przed czasem ze świadomością, że jeszcze nie. Wiem, wiem, jesteśmy na urlopie, ale jednak szkoda dnia na spanie, a jak tak lubię spać…

Więc obudziłam się po 7:00 umęczona senną tragikomedią, ale nic to, komputer pod pachę i na patio. Tam małe co nieco z klubowych wydarzeń i możemy przystępować do śniadania i porannej kawy. Kawę miałam odstawić lub choć zamienić na yerbę. Nie odstawiłam do dziś. Jak to mówią, trzeba mieć w życiu jakieś słabości. Ale myślę sobie, że jeszcze nadejdzie ten dzień i odstawię. Ot co!

Około 9:00 zjadłyśmy śniadanie, czyli owsianą papkę z owocami, potem kawa, poranna toaleta i możemy ruszać w drogę, uzbrojone w mapę i butelkę wody z cytryną. No, ja jeszcze w kapelusz chroniący me lico przed słońcem. Według planu (mapy) miałyśmy pójść na prawo od domu. Wtedy jeszcze miałyśmy tylko mapę z rzeczonego przewodnika. Po 15 minutach marszu, rzut beretem jakoś tak się dłużył, po 20.tu kilku dotarłyśmy do ulicy Gascón i jakież było moje zdziwienie, bo według mojej orientacji ulica ta była na lewo od domu. Anna M. była wyluzowana, chłonęła architekturę i ścienne malowidła. Ja wyluzowana byłam mniej (wiem, wiem – urlop!), ale co zrobić, jak w głowie chodził program zadaniowy: odnaleźć but. No więc po tych 20.stu i kilku minutach, stojąc gdzieś na ulicy Gascón zniecierpliwiona poprosiłam (a może bardziej zażądałam? mhm) Annę M. o mapę i znanym Wam grymasem twarzy próbowałam ustalić nasze położenia. Układ kwadratów (wtedy jeszcze nie miałyśmy opanowanej techniki dzielenia miasta na cudras) ni jak nie przystawał do mojej wizji „rzut beretem”, zatem narastającą frustrację postanowiłam wziąć sposobem: lepiej myśli się po jedzeniu. Ogłosiłam Annie M., że muszę coś zjeść. Tu i teraz! Anna M. nadal była wyluzowana i nadal nie rozumiała mojej frustarcji (alew końcu tu chodziło o mój but i o moją milongę), ale przystała bez oporów na moje wrunki i tak oto usiadłyśmy w knajpce na ulicy Gascón. Knajpka ta w niczym nie przypominała tek ze wczoraj, choć obie były na ulicy Gascón. Ta była bardziej w stylu współczesnych modnych knajp „zielonego jedzenia”, fajnie urządzona. Jedzenie pyszne i drogie, zupełnie jak w dizajnerskiej knajpie na naszym Kazimierzu. Ja zamówiłam sałatkę, Anna M. złocisty napój. Posilone ruszyłyśmy w dalszą drogę pomiędzy budynkami dzielnicy Palermo. Najwięcej, przynajmniej w tej części Palermo jest starych jednopiętrowych zabudowań z płaskimi dachami, a raczej z tarasami na dachach. Kolory domów od zielonych przez czerwienie i fiolety do żółtości i beżów. Nie jest to tak widowiskowe jak na Kubie, ale dużo bardziej niż w ścisłym centrum miasta, gdzie dominuję eleganckie barwy bieli i beżu. Jest tu biedniej, ale spokojnie i leniwie… bardzo klimatycznie. Z pewnością klimatu nadają uliczne malowidła, najwięcej widać graffiti na murach i blaszanych bramach. Anna M. jest zachwycona. Ja chyba też, choć tryb zadaniowy w mojej głowie nie pozwalał mi w pełni delektować się sztuką uliczną. W tej aurze idziemy i idziemy, i idziemy… W końcu zdecydowałam się sięgnąć do aplikacji „zapytaj  lokalsa” ( na tym etapie mama z przewodnika już mnie bardziej irytowała niż pomagała w dojściu do celu, potem okazało się dlaczego. Ha! jedna cuadra na mapie wcale nie była cuadrą rzeczywistą. Nooo, tak rzecz ujmując rzut beretem już nie wydawał się rzutem, toż to nie mal wyprawa w kosmos). Co jakiś czas pytałam napotkanych przechodniów, czy obrany przez nas kierunek o celu jest właściwy? Spokojnie i  miło (a nawet z pewną troską, bo mam nadzieję, że to nie było politowanie) odpowiadali,że tak, idziemy w dobrym kierunku, ale czy na pewno chcemy iść pieszo? hace falta…. Tak, na pewno. Tu jeszcze zuchwała pewność siebie panoszyła się w naszym ciele i duszy, ale już niedługo, już niedługo….

Tak więc szłyśmy dalej, mijałyśmy kolejne cuadry, a mój grymas twarzy nie mijał. Anna M. raz na czas musiała mnie dyscyplinować i przywoływać do porządku, że w końcu jesteśmy na urlopie, a na urlopie tempo pokonywania trasy jest znacznie (podkreślić i wytłuścić słowo znacznie) wolniejsze, nie mówią już o grymasie twarzy. Starałam się, naprawdę starałam się, ale myśl o tym, że muszę mieć ten bucik (a najlepiej dwa) już dzisiaj robi swoje. Jestem pewna, że każda tanguera mnie zrozumie, ba i Anna M. pewnego dnia też… Bo myśl stawania się tanguerą już zaczęła kiełkować w jej głowie.

Architektura zaczęła się zmieniać, coraz częściej w miejsce jednopiętrowych XIX. wiecznych domów wyrastały kilkunastopiętrowe wieżowce I bynajmniej nie zakłócało to poczucia tej cudownej harmonii pomieszania z poplątaniem, współgrania starego z nowym, historii z współczesnością. Im bliżej centrum tym zabudowa wyższa, a spokój i cisza uliczek ustępują hałasom dużych ulic. Choć czy to rzeczywiście hałas? Dla mnie nie. I choć rzeczywiście jest więcej ludzi, zgiełk i natężenie ruchu, to nadal czuć tu spokój. Poczucie, że wszystko ma swój czas i porządek. Ta refleksja miał przyjść do mnie nieco później, teraz bowiem w mojej głowie paliła się jedna myśl: gdzie jest ten cholerny bucik. W końcu czas mijał, mijały kolejny cudary, a Avenidy Santa Fe jak nie było, tak nie ma. Tak się zapętliłam w tym skupieniu poszukiwacza złotego bucika, że w końcu przeszłyśmy rzeczoną Avenidę w ogóle jej nie zauważywszy. Zorientowałyśmy się po tym, jak uliczny zgiełk zaczynał cichnąć, a miejskie wieżowce na powrót zamieniać się w domy, domki i domeczki. Aplikacja „Zapytaj lokalsa” poinformowała nas, że musimy zawrócić i w końcu dotarłyśmy do celu, tego pierwszego – Avenidy Santa Fe. Królestwo bucika znajdowało się przy skrzyżowaniu Avenidy i ulicy Liberdad.

Jedno trzeba przyznać, rzeczywiście szukając bucika natrafiłyśmy na kilka miejsc, do których pewnie w innych okolicznościach w ogóle byśmy nie trafiły. Mijając kolejne wystawy, w naszych głowach rodziła się obietnica: musimy tu wrócić, jak tylko znajdziemy ten bucik. W końcu Annie M. też należy się coś od życia…

Im bliżej celu, z tym bardziej wytężonym wzrokiem przemierzałam ulice wielkiego miasta. Jest! W końcu! d\Dotarłyśmy do ulicy Liberdad, ulicy wolności. Za jakąś godzinę miałam tej wolności doświadczyć, z parą bucików w rękach. Ale zanim to, trzeba jeszcze było odnaleźć królestwo rzeczonego bucika. Odnalazłyśmy numer, zachodzimy pod tenże i…? Królestwa, a tym bardziej bucika ani śladu… Na szczęście Anna M. przytomnie odnalazła w swojej głowie informację, że ulica poszukiwanego królestwa to Arenales, a nie Liberdad. Ha! Skąd taki błąd logistyczny? A no w poszukiwaniu mniejszych ulic, trzeba było wyznaczyć punkty orientacyjne i dobrze widoczne na mapie, i to na każdej mapie. Zatem najpierw róg Avenidy Santa Fe i calle Liberdad, potem dopiero można zająć się poszukiwaniem punktu docelowego. Znalazłyśmy i ten (oczywiście najpierw przeszłyśmy go trzy razy w ogóle go nie zauważając, taka sytuacja, podobnie jak obranie przeciwnego kierunku ulicy miało nam się jeszcze przydarzyć, nie raz i nie dwa. Jakiś szczególny talent objawił mi się w tej podróży – intuicyjnie wybierałam kierunek przeciwny do właściwego. Na szczęście jak tylko odkryłam ten talent, znalazłam sposoby, jak go przechytrzyć, ale o tym może później.)

No więc stanęłyśmy przed właściwym numerem przy ulicy Arenales. Jak przystało na królestwo, trzeba było jeszcze pokonać kilka labiryntów, zanim mogłyśmy zapukać we właściwe drzwi. Na szczęście labirynty okazały się być przyjemne dla oka i duszy. Dzień zmierzał już ku końcowi, więc nie było pewności, czy tego dnia dane nam będzie przekroczyć wrota upragnionego królestwa… Zapukałam. Chwila ciszy i rosnącego napięcia… Są czy ich nie ma? Oto jest pytanie, zwłaszcza po kilku godzinach drogi… Na szczęście (nie wiem czy bardziej moje czy ich – byli, sądząc jednak po obranej polityce obsługi klienta, było to szczęście jednak bardziej moje niż ich). 

W butiku były dwie kobiety, jedna z nich to typ prawdziwej doña de casa, i ciałem i duszą. Zasadniczą obsługiwała tylko kwestie finansowe i nadzór całej transakcji. Mierzenie, wybieranie, doradzanie oraz spełnianie życzeń klienta leżało w gestii drugiej kobiety, kilka lat młodszej i jeszcze bez cienia postawy postawy tejże.

 

Butik urządzony w jasnych kolorach, białe ściany, jasna wykładzina, duże lustro, i skromna jak na taką markę firmy wystawa oferowanych butów. No cóż widocznie nie bez powodu mówi się: albo dokładnie wiesz co chcesz kupić, ale zdajesz się na ich gust. I albo bierzesz co Ci dają, albo nie. Mierzyć 100 par, zastanawiać się, a nie daj Boże wybrzydzać? Co to, to nie… Na pewno nie tutaj. albo jesteś zdecydowanym klientem, albo zdecydowanie szybko opuszczasz ten lokal. Ponieważ ja należę do pierwszej grupy i zwykle zakupy robię zdecydowanie i szybko, po niespełna pół godziny opuściłyśmy lokal z upragnionym bucikiem w ręku. Ufff… w końcu. Zew wolności jawił się na moim mentalnyn horyzoncie. Teraz spokojnie mogłyśmy wrócić do domu, chwilę odpocząć i szykować się na wieczór. Dochodziła godzina 19:00, a że na milongi wychodzi się tu wieczorem, a nawet nocą, mamy czas… Na luzie, pośpiechem się brzydząc możemy kierować się w stronę Avenida Corrientes, po drodze wstąpić do kliku sklepów, które wcześniej skusiły nasze oczy. Chyba nie wspominałam jeszcze, tutaj, znaczy w tej okolicy raczej nie spotyka się zwyczaju toque el timbre. Drzwi są otwarte, sklepy urządzone podobnie, jak te nasze, europejskie, z tą różnicą, że brak tu perfum unoszących się w powietrzu, a widok ulicy nie męczy zatrważającą ilością reklam i neonów. W zasadzie nadal panuje tu duża zgodność opisu towaru/usługi ze sprzedawanym towarem/usługą. Po ubrania chodzi się do sklepów z odzieżą, po książkę do księgarni, po bułki do piekarni. Włosy ścina się u fryzjera, a pranie robi w pralni. Nic z maniery ukrywania usług i produktów pod tajemniczą grą w słów, w stylu Daj drugie życie w swojej koszuli i myśl człowieku, czy chodzi o krawca, czy projektanta, czy punk zbiórki odzieży czy też o pralnie. 

Zakup pierwszych butów w mekce tanga wymagała upamiętnienia,  fotografii i całego rytuału celebracji z macaniem, oglądaniem, wzdychaniem, tec. czyli wszystko to, co wydaje z siebie zadowolona kobieta, no prawie wszystko. Tak czy inaczej, chwila ta zapisała się radością i nadzieją w sercu mym. Teraz właśnie otwierał się świat nowych, niekończących możliwości – milongi w boskim Buenos. W końcu nic tak nie ekscytuje, jak milonga w nowych butach, no może jeszcze jedna lub dwie rzeczy… i każda tanguera myślę wie, o co może chodzić…i bynajmniej nie o partnera, przynajmniej nie tylko o niego. Pewnie czekacie już na opisy, jacy oni są, ale myślę, że tandy są jak pocałunki, o nich się nie mówi. Przeżywa się je i nosi w sercu, przynajmniej te warte zapamiętania. Ja miałam dużo szczęścia i mam co pamiętać. Napiszę co nieco, jak tam się tańczy, ale nic z przeżyć osobistych nie zdradzę. I życzyłabym sobie, żeby moi taneczni partnerzy dochowali sekretu wspólnych tang. Ponoć tancerza poznaje się po twarzy (a właściwie grymasie tej twarzy) partnerki, z którą aktualnie tańczy. No więc z mojej twarzy uśmiech nie schodził, oj nie…

No dobrze, czas na ciąg dalszy historii z dnia trzeciego. Opuściwszy królestwo bucika udałyśmy się do pobliskich sklepów dla odmiany nie związanych ani z tangiem ani z butami, ale nadal bardzo atrakcyjnymi w świecie kobiet, mianowicie do sklepu odzieżowego. I tu warto zatrzymać się chwilę nad sklepem, jak się miało okazać sieciówką. Przy wejściu widniał szyld Cuesta Blanca, nie wiedzieć czemu, bo całe wnętrze utrzymane było w ciemnych, a nawet czarnej kolorystyce. Trzy piętra urządzone z przepychem baroku a la burdello. Ciemna posadzka z kamienia, ściany w podobnym stylu, lustrzane sufity, na których pyszniły się bogato zdobione żyrandole złotego koloru. Ubrania na szczęście lub nieszczęście, hmmm, sama nie wiem, nie nawiązywały do stylistyki. Na wieszakach obojętne na spojrzenia przechodniów wisiały sukienki, bluzki i bluzeczki. Styl współczesny, kobiecy i zwiewny. Jeszcze nie raz miałyśmy się przekonać, że ubrania dla kobiet są bardzo kobiece, w staromodnym wręcz stylu, a dla mężczyzn – męskie. W sklepach konfekcji damskiej dominują zwiewne bluzki i sukienki, dużo kwiecistych wzorów, prostota i elegancja. Ach, na Av. Corrientes za czas jakiś napotkamy również lateksową wersję Argentyny. I nie wiem, czy warto to pamiętać…W każdym razie wzornictwo tkanin jest ciekawe i zwyczajnie ładne, bardziej urozmaicone niż w naszych galeriach. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o biżuterie i obuwie. Wiem, wiem, zarzucicie mi, że idealizuje to miasto, być może tak, ale to chyba naturalne w zakochaniu jest, prawda?

Wróćmy do Cuesta Blanca na Av. Senta Fe. Tam zakupiła swoją pierwszą sukienkę (nie, nie-tangową). Tak szczerze to nie planowałam w zasadzie żadnych zakupów poza butami do tanga i „gadżetami” do klubu. Wyszło inaczej, no cóż do zakupów ma lekką i szybką rękę. I tak się to zwykle kończyło, że na koniec dnia brakowało mi jakieś 100 peso. Na szczęście Anna M. przezornie miała ze sobą większy zapas gotówki. I wierzcie mi, ja nie jestem rozrzutna (przynajmniej osobiście tak własnie o sobie myślę), zwyczajnie ulegam słabością. No bo jak tu przejść obojętnie wokół tylu cudowności w stulu retro i vintage? Uwielbiam sukienki, bluzki i spódnice. I prawdę powiedziawszy spodnie zakładam już tylko z lenistwa, albo z ograniczonego czasu na odpowiedni dobór garderoby (przykładowo 12 minut do wyjścia, a ja zupełnie w proszku), ale jak tylko mam czas i sposobność, to wybieram z mojej szafy sukienkę, albo inny ciuch kobiecy. Mówcie co chcecie w sukience wygląda się bardziej kobieco niż w spodniach i kropka, a jak kobieta wygląda, tak zaczyna się czuć i zachowywać. Ja przynajmniej jestem dużo bardziej kobieca w spódnicach niż w spodniach. Wierzcie mi.

Tak więc z pierwszą zakupioną sukienką, na przecenie oczywiście (nie myślcie sobie), czyli w bardzo przyzwoitej kwocie, moje zadowolenie sięgnęło większego pułapu, a wydawało się, że już nic go nie podniesie. Ann M. zakupiła przepiękną bluzeczkę w paseczki. Ona bardzo, bardzo lubi paski. Szłyśmy spacerowym krokiem w stronę pokoiku nr 5, nawet nie spodziewając się, że ten spacer jeszcze długo się na zakończy. Ja zdaję się miałam w głowie wyobrażenie o jakiś 20 minutach drogi. O ludzka naiwności. Nie wiem czy doznałam chwilowego zaćmienia umysłu, czy stan zadowolenia wziął górę nad wszystkim, ale skoro tyle szłyśmy w kierunku Av. Santa Fe należało spodziewać się podobnego dystansu w drodze powrotnej. No, ale jak już pisałam, gdzieś mi to umknęło.

Szłyśmy, po drodze jeszcze jeden, dwa może trzy sklepy. W jednym zakupiłam pierwsze mate i kilka gadżetów do klubowego kasyna, w pozostałych sklepach już tylko pobieżnie rzuciłam okiem na asortyment. widocznie poziom ekscytacji i euforii osiągnął górny limit i w naturalny sposób przeszedł w błogostan, potocznie zwany nirwaną. Stan ten charakteryzuje się nagłą utratą otaczające rzeczywistością i niezwykle kuszącą migracją w świat przeżyć wewnętrznych….Zatem ja, mój świat wewnętrzny i Anna M., prawdopodobnie również z kompanem uczuć własnych przemierzałyśmy kolejne cuadras. Anna M. jeszcze robiła zdjęcia, ja odpłynęłam. Jako tako jeszcze czuwałam nad kierunkiem drogi. Kiedy dotarłyśmy do Av. Corriente na wysokości Subte Callao, pomyślałam no już prawie jesteśmy w domu. Wtedy jeszcze nie znałyśmy wszystkich przystanków do naszego Angela, ani nie miałyśmy świadomości, że dystans między jednym przystankiem a drugim to lekko 20 minut drogi. Ale co to dla nas, zapalonych wędrowniczek miejskich. Już za chwilę miało się okazać, że jesteśmy zapalone nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. Ale zanim to mój talent trafiania w niewłaściwy kierunek objawił się ponownie, chyba po raz trzeci tego dnia.

Drugi raz był nawet przyjemny, bo owocem tej pomyłki była kamienna posadzka z krokami tanga. Oczywiście domagałam się zdjęcia od Anny M. Takiej okazji nie mogłam odpuścić, w żadnym razie! Ustawienie stóp do tych fotografii, to chyba był ostatni świadomy akt woli mej tego dnia. No cóż, w życiu bywa i tak. Nie myślcie, że choć przez chwilę mnie to martwiło. Absolutnie. Martwić, a raczej doskwierać uporczywie zaczęła mi inna część ludzkiego bytu. I tu przychodzi moment na wspomniane już zapalenie. Idąc av. Corriente zaczęłam odczuwać coraz bardziej dotkliwe pieczenie na łydkach. Spoglądam, przyglądam się i po chwili już wiedziałam – asfaltówka. No i masz Ci babo placek. Też mi jakoś umknęło, że chodzenie kilka godzin w upale po rozgrzanym asfalcie tak właśnie może się skończyć, a w moim przypadku już na pewno. Cóż takie życie z WWO.

Gdzieś w mej pamięci kołatało się, że należy wziąć wapno, tak przynajmniej zalecano mi w Polsce , gdy ten czerwony ogień dopadał mych śnieżnobiałych nóg. Należało więc wstąpić do pierwszej napotkanej apteki i zakupić biały proszek. Tak też uczyniłyśmy. Co prawda w farmacii tej Pan mocno zadziwił się na właśnie wyartykułowane zamówienie. Zapytał: na co to? Ha! Bądź tu mądry i wytłumacz teraz panu piękną hiszpańszczyzną w czym rzecz. No nie było łatwo, a tym bardziej piękną hiszpańszczyzną. Pan zadziwił się ponownie, bo według jego wiedzy takim schorzeniom wapno nie służy, ale uprzejmie nam sprzedał. Wydał towar na ladę, dopiero później na zdjęciu zobaczyła tą ladę w pełnej krasie. Spodziewać by się można w aptece reklam farmaceutyków, a tu, nie. Nazwać reklamą tego nie można, ale efekt jest. Tu też po raz pierwszy spotkałyśmy się z płatnością de tarjeta (drożej) y efectivo (taniej). Krótko mówiąc płatność kartą wychodzi drożej.

Zapakowałam wapno do torby, trochę skołowana czy powinnam to brać, ale cóż, pomyślę o tym później, zdecydowałam i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Szłyśmy i szłyśmy wypatrując z każdą cuadrą skrętu do naszego argentyńskiego domu. Tak minęły kolejne dwie godziny. Zdążyło już zajść słońce, więcej nawet, zapadła już noc.

 

 

W końcu dotarłyśmy do pokoiku nr 5. Wzięłam prysznic, było około 21:00, jeszcze tliła się myśl w głowie, żeby pójść i zatańczyć tango. Ciało me jednak podjęło własną, niezależną decyzję – zaległo, mówiąc mi swój stary, oklepany tekst: ja zostaję, a Ty rób co chcesz. Jeszcze kusiło troszkę się z nim poszamotać w sprawie, ale widok „asfaltowych nóg” i opuchniętych stóp pokonał mnie. Mówię ciału memu więc: no dobra, zostaje i ja. Ledwo zawarliśmy pakt porozumienia w tej sprawie, a już Morfeusz porwał mnie w ramiona swe. Tego dnia tańczyłam tango, na ulicy, naśladując ślady stóp grandes miolngueros. Dobranoc!

+ Sobota, 27 stycznia
O godzinie 22:50 odchodził autobus (według planu) z krakowskiego MDA, kierunek Budapeszt. Stamtąd samolot do Londynu, a potem już prosto do Buenos. Tak miała wyglądać nasza podróż. I zasadniczo taka była, prosta i zwyczajna, z małymi tylko urozmaiceniami, o czym przeczytacie później.
We dwie (ja i Ania) prowadzimy życie nazwijmy to urozmaicone. Pracoholiczki z pasji i zamiłowania, perfekcjonistki (co bywa upierdliwe nawet dla nas) i do tego z dużym wyczuciem sensu działań, a bardziej ich braku. Kim my właściwie jesteśmy?  Ona (Ania) – konserwator zabytków, ja (Amelia) – właścicielka Por Fiesta Club. Ona godzinami na rusztowaniu może poprawiać, sztukować i punktować, ja godzinami mogę planować, urządzać, dopieszczać. Ona – rozum, ja – serce. Ona i ja – rudzielce z krwi i kości, a już na pewno z charakteru. Uparte i przyzwyczajone stawiać na swoim. Ona i ja, miast dyskutować wolimy działać. Ona i ja – bardzo potrzebujemy wakacji. Zatem decyzja zapadła: w drogę!
Przygotowania do drogi poszły błyskawicznie. Szybkie decyzje, co ze sobą zabrać. Tak naprawdę do ostatniej minuty nasze myśli krążyły wokół spraw, które miały zostać w Krakowie na niemal miesiąc. Do ostatnie minuty sprawy do załatwienia sypały się, jedna za drugą. Ostatecznie dałyśmy radę. 
Około 22:20 zadzwoniłam do Ani, gdzie jest. Czekała już na dworcu. W Krakowie nie było zimno, mżyło i jakoś tak, nie miało się ochoty na nic. Szłam w wiosennej kurtce między ludźmi opatulonymi w zimowe płaszcze i z czekoladowym shakiem w ręce. Za mną toczyła się lekko moja walizka. W głowie przelatywały pytania auto-kontrolne, czy wzięłam to czy tamto. Wiedziałyśmy, że na miejscu będą znajomi, którzy w razie czego poratują, ta świadomość uspokaja i pozwala skupić się na dwóch najważniejszych rzeczach. Paszport i jako taki zapas gotówki.
Odnalazłam Anię, a raczej ona wypatrzyła mnie. Jak inni, stała na dworcu, otulona ciepłą kurtką i w czapce na głowie (kiedy to piszę, jest około 30 stopni i obraz ten przywoływany w mej pamięci, jest nieco abstrakcyjny). Trochę zdziwiła ją moją wiosenna garderoba, ale jak się później miało okazać, obie nie dowierzałyśmy, że tu będzie gorąco. Trochę już nasiąknięte polskim latem, kiedy po dwóch trzech dniach gorąca spodziewamy się ochłodzenia albo deszczu. Tu, w Buenos miało powrócić wspomnienie gorących letnich dni.
Nie wiedziałyśmy z jakiego stanowiska odchodzi czerwony rumak. Nie było żadnych informacji na tablicach, okienko informacji już zamknięte. Nie pozostało nic innego jak wypatrywać autobusu na horyzoncie. Takich, jak my było znacznie więcej. 
Opóźniony autobus, na szczęście tylko kilkanaście minut, podjechał. Dość sprawnie zapakowałyśmy nasze bagaże i zajęłyśmy nasz miejsca na górnym pokładzie. W autobusie było ciepło, więc jak tylko umościłam się w fotelu bez namysłu oddałam się we władanie Morfeusza. Gdzieś po ciele krążyła jeszcze (albo już) ekscytacja zbliżającej się podróży, zwłaszcza samolotem, lecz ostatecznie zmęczenie wzięło górę. Przespałam niemal całą podróż. Raz na czas kontrolnie otwierałam jedno oko, ale jak tylko moja świadomość odnotowała, gdzie jestem i że wszystko dobrze, zaraz oko me gasło pod ciepłą i leniwą powieką.

Nasze piosenki

+ Niedziela, 28 stycznia

Między 5:00 a 6:00 rano dojechaliśmy na dworzec autobusowy na przedmieściach Budapesztu. O tej porze bardziej przypominał on połacie niezamieszkanych ziem niż współczesny punkt komunikacji miejskiej. Budapeszt do końca mych dni będzie przywodził mi na myśl wspomnienie czasów, kiedy miasto to zwane było Budą, a władcą jego był Sulejman. Trzeba było dojechać do centrum, a stamtąd na lotnisko. Hm, jednak nadal była to ciemna noc, a oznakowań ani śladu. Można było oczywiście wygooglać wszystko, ja jednak zdecydowałam się sięgnąć do starej, sprawdzonej aplikacji analogowej „zapytaj lokalsa”. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i tu napotykamy małą trudność, bo Węgrzy po polsku nie, my po węgiersku tym bardziej, z angielskim też raczej słabo. Zresztą w oczach mieli niemal błagalne „tylko nie pytaj mnie”. Zastanawiam się do dziś skąd właściwie nam się wzięło porzekadło „Polak, Węgier, dwa bratanki…”

Ostatecznie, po części na migi, a po części siło woli Pan z kiosku wytłumaczył nam, nie, jednak pokazał stacje metra, która była za ścianą jak się okazało. Tam po zakupie biletów z pewnym Węgrem w automacie dworcowym ruszyłyśmy przed siebie (mniej lub bardziej pewnym krokiem). Już za chwile naszym oczom okazała się obsługa metra i rosły mężczyzna w średnim wieku, który nie dość że mówił po angielsku, to jeszcze lubi sobie pogadać… no i prawie nas zagadał.  Grzecznie się wymówiłyśmy z przedłużającej się konwersacji i wsiadłyśmy do metra – kierunek centrum. Była 7 z minutami, cieplej niż w Krakowie, niebo zapowiadające słońce. Nawet był plan pochodzić trochę ulicami Budapesztu, ale że wszystko było zamknięte wokół i byłyśmy bez szans na poranną kawę, plan pozostał tylko planem. Zdecydowałyśmy pojechać prosto na lotnisko komunikacją miejską. Po 8 byłyśmy już na lotnisko. Umówmy się, strona przed odprawą jest średnio, a nawet mało ciekawa, a do odprawy czekało nas co najmniej 6 godzin.

Perspektywa oczekiwania nie robiła na nas (przynajmniej na mnie wrażenia) póki co. Znalazłyśmy kawiarenkę, zamówiłyśmy ciepłe kanapki i kawę, i wreszcie mogłyśmy usiąść, porozmawiać. W końcu nie widziałyśmy się od dłuższego czasu, więc było o czym. Rozmawiałyśmy też o Buenos… O naszych wyobrażeniach, jakie będzie to miasto, co będziemy robić, choć nadal nie docierało do nas, że to już ten moment, jesteśmy na urlopie.

Czas biegł leniwie, po kilku godzinach przyszedł czas na zmianę miejsca. Zebrałyśmy swój wakacyjny nieład w bagażach i ruszyłyśmy w poszukiwaniu spokojnej lotniskowej przystani. Słońce w pełni, błękitne niebieskie niebo… już zaczynałyśmy nie pamiętać o zimie, którą chwile wcześniej zostawiłyśmy w naszym mieście.

Do 15:15 nie wydarzyło się specjalnie nic, no może poza jednym wydarzeniem, które dość szybko nabrało w wymiary dramatu – Anna M. zgubiła swoją ładowarkę…. Nie było łatwo ukoić jej stan ducha… oj nie…

16:00 z minutami, wreszcie mogłyśmy uwolnić się od ciężaru bagażu (dziś myślę, po co było tyle te go wieźć, wystarczyłyby dwie sukienki, ale jak już pisałam, nie wierzyłyśmy w to lato, które czekało na nas za oceanem). Jeszcze tylko odprawa celna i możemy wejść na drugą stronę. Nie śpieszyło nam się, mając w pamięci dopiero co opuszczone lotniskowe kawiarnie i ławki. Na szczęście tu otwierał się raj, choć na chwilę…. było gdzie usiąść, zjeść i zatopić się w zapachu kobiecych perfum…

17:45, jesteśmy w samolocie do Londynu. Bardzo boję się latać i za każdym razem mam nadzieję, że boski Morfeusz weźmie mnie w soje senne ramiona i chyba już rozpoznaje mnie w moich modlitwach. By chwile po starcie otula mnie błoga nieświadomość sennych marów. Anna M. nie specjalnie zabiega o względy Morfeusza, to też nie dzielimy jego krainy. Niestety nie bardzo wiem, co wtedy porabia…. Kiedy ja się budzę pochłaniają nas już lotniskowe wrażenia. I tak było tym razem. Obie wpatrywałyśmy się w żelazne ptaki ustawione na płycie lotniska.

Wysiadłyśmy, ja w błogiej nieświadomości, że kilka kroków i będziemy w odpowiednim miejscu na kolejną podroż. Tu Anna M. uświadomiła mnie, że te chwilą, może wcale nie okazać się chwila. Pamiętam jeszcze, że nasz samolot wydał mi się tak malutki w porównaniu z tymi, którym przypatrywałyśmy się z okienka samolotu…

Idziemy, betonowy, szary tunel. Jest jeszcze wcześnie, i mimo ekscytacji podróżą, wszystko to wydaje się jakieś szare, przygnębiające… Wychodzimy, zdaje się w terminalu B, nasz samolot wylatuje za dwie godziny z terminalu D. Bez większego zastanowienia sięgnęłam do aplikacji „zapytaj lokalsa” i ledwie wydukałam dwa zdania w polskiej angielszczyźnie do uroczej blond dziewczyny w punkcie informacyjnym, kiedy to stojący młody (może już nie tak bardzo młody) powiedział bez ogródek: „możecie po polsku”. Konsternacja. Widać z twarzy czy co? (Chociaż i tak nie najgorzej, tutaj, w Buenos biorą nas za Rosjanki i nie mam pojęcia dlaczego…. ile znacie rudych Rosjanek?). Młoda, sympatyczna kobieta o włosach kolory blond, łamaną polszczyzną wytłumaczyła nam jak pokonać odległą trasę do terminalu D.

Jesteśmy już niemal u celu. Jeszcze tylko szybkie zakupy, ładowanie telefonu i możemy wsiadać do samolotu, który (o jakaż to miła niespodzianka) jest gotowy do przyjmowania pasażerów około godzinę przed startem. Pierwszy raz miałam lecieć tak dużym samolotem. Wchodząc na pokład uspokajał mnie widok latynoamerykańskich twarzy. Ich za to (przynajmniej) zaskakiwał nasz widok: nie jedna, a dwie rude kobiety… zakładam, że jedyne rude na pokładzie tego samolotu…

Zajęłyśmy ostatnie miejsca, ostatniego rzędu, gotowe do drogi… lecimy. Ja w ramionach Morfeusza, Anna M. to z audiobookiem, to z sąsiadem an swym ramieniu, zastanawiając się co lepsze w tej sytuacji… tak zakończyć miał się dzień drugi. Następny zaś miałyśmy przywitać już w boskim Buenos Aires.

+ Poniedziałek, 29 stycznia

Obudziłyśmy się około 6 rano naszego rodzimego czasu. No dobrze, ja się obudziłam, bo Ania noc spędziła na regularnie powtarzających się przebudzeniach, w których zwykle zaskakiwał ją latynoski sąsiad. A to przysnął na jej ramieniu, a to znacznie nastawał na jej część powietrznej przestrzeni intymnej. Był to zasadniczo młody mężczyzna. W wieku pracująco – produktywnym. Sprawiał wrażenia, jakby „wypadł na chwilę” na spotkanie służbowe, a podróże między kontynentalne traktował jak ot podróż taksówką na trasie Nowa Huta – Centrum. Może bardziej pendolino na trasie Kraków – Warszawa.

Ja zaś pamiętam z moich przebudzeń, że raz okienko lotnicze było otwarte, raz zamknięte. Potem okazało się, że to były przejawy nocnej egzystencji, a może raczej nudy Anny M. 

Śniadanie podano na czas, tzn. czas, w którym głód u Anny M. już znacznie przybierał na sile i mogłoby to zakończyć się katastrofą. Po posiłku umościłyśmy się na nowo w naszych fotelach. Ja weszłam w świat filmowej przygody trzech staruszków rabujących bank (cudowny, ciepły film o przyjaźni – polecam), Ania zaś toczyła swoją przygodę z sennym towarzyszem podróży, na zmianę to przeglądając filmy, to słuchając audiobooka „Służące”. Do ucha czyta jej Anna Seniuk i robi to wspaniale, z ogromnym wyczuciem akcji powieści. Annę Seniuk jako lektora poleca Anna M.

Wylądowaliśmy zgodnie z planem, około 9 rano czasu lokalnego. Na lotnisku miał na nas czekać znajomy, więc byłyśmy spokojne i mocno wyluzowane… Szłyśmy z lekką, europejską nonszalancją po miękkiej wykładzinie. Po naszej prawej stronię ciągnęła się ściana ze szkła, która od samego początku naszego pobytu na argentyńskiej ziemi pozwoliła cieszyć oczy błękitem nieba. Rozkosz dla oczu, serca i umysłu. Zwłaszcza dla nas, tak wytęsknionych ciepła i słonecznego nieba.

Ostatnie paszportowe kontrole i możemy brnąć w nasze nowe miasto. I tu po raz pierwszy dała nam (a już mi na pewno) prztyczka w nos europejska nonszalancja. W świecie internetu i życia w dżungli elektronicznych gadżetów, zapomniałam już o notowaniu adresów, numerów telefonów na kartce. Zwykłej, białek kartce papieru. Po co? Skoro wszystko jest w telefonie. Tylko, że telefon lubi się rozładować w najmniej oczekiwanym momencie (mimo, że był naładowany). No i jakoś trzeba były wybrnąć z odpowiedzią na pytanie: gdzie się Pani zatrzyma? Ja jeszcze zdążyłam pokazać adres zapisany w telefonie. Przy odprawie Ani, telefon zrobił sobie przerwę i odmówił wszelkiej współpracy. Coż było robić? To, co zwykle czynią kobiety w takich sytuacjach. Sięgają do zasobów wrodzonych talentów. Tak, więc siłą wrodzonego uroku osobistego przekonałam pana celnika, żeby odpowiedzi na powyższe pytanie poszukał u swoje koleżanki po fachu w okienku nr 5. Patrzył na mnie wymownie… ale uległ, i zapytał. Potwierdził moją wersję wydarzeń i teraz już tylko pozostało odebrać bagaż, i witaj boskie Buenos!

Nasz przyjaciel czekał w towarzystwie innego gentlemana, który niemal bezwiednie przejął mój bagaż. Potem, jeszcze wielokrotnie miałyśmy doświadczyć właśnie takiej, cichej i oczywistej wręcz męskiej pomocy… przy bagażach, przy drzwiach i innych codziennych drobiazgach. Cudowne jest to uczucie. Na mnie działa kojąco, pozwala delektować się stanem bycia kobietą. 

Jak myślę o wrażeniu jakie robią na mnie mieszkańcy tego miasta, to potwierdzę opinie innych. W zdecydowanej większości są to ciepli, mili, spokojni i serdeczni ludzie. Otwarci i chętni do kontaktu, rozmowy. Myślę też, że nadal mają w sobie pewien rodzaj dumy. Taki, który sprawia, że nawet kiedy jest ciężko i trudno, zachowują twarz, że tak to nazwę. Z podniesioną głową mówią, że wszystko dobrze, że sobie radzą. Kiedyś myślałam, że to przejaw arogancji, dziś rozpoznaję w tym zjawisko, o którym przeczytałam w jednej z książek Javiera Maríasa. Pisze on, że dawniej (w latach 20., 30. i wcześniej) bezradność była czymś, co każdy chciał ukryć, zachować dla siebie, poradzić sobie mimo wszystko. Dziś zaś żyjemy w czasach dziwnego ekshibicjonizmu swojej niemocy i bezradności. 

 

 

Wsiadłyśmy do samochodu i krótko potem padło (niezręczne) pytanie od naszego kolegi: pod jaki adres Was zawieść? Hmmm… Komórka dalej byłą w świecie elektronicznej niemocy, a możliwości na podładowanie jakoś nie było widać na horyzoncie. Nie było więc (póki co) innego wyjścia, niż jechać przed siebie. Prawdę powiedziawszy liczyłam na to, że cudownym natchnieniem spłynie na mnie rozwiązanie tej sytuacji (nie muszę dodawać, że kolegą był zirytowany sytuacją). Jechaliśmy przed siebie, ja i Anią chłonęłyśmy krajobraz przedmieścia. Architektura niby to europejska, niby to egzotyczna. Widok ten był zapowiedzią stylu architektury miasta, który roboczo nazwę cudowne pomieszanie z poplątaniem. Na czym ono polega? Miałyśmy się przekonać w przeciągu najbliższych dni.

W powietrzu czuć było klimat hiszpańskiej mañany, i by najmniej nie ma to nic wspólnego z naszym rozumieniem tego słowa. Mam poczucie, że unas mañana kojarzy się szeroko pojętym nieróbstwem czy nawet lenistwem. Tutaj, to raczej stan ducha, spokoju i harmonii.

Kiedy wracam wspomnieniem do tej pierwszej podróży samochodem ulicami Buenos, w głowie słyszę melodię piosenki Chan chan z  Buena Vista Social Club. Tak, to to samo wrażenie… szeroka, prosta ulica ciągnąca się kilometrami. Po obu stronach domy, zabudowania, fabryki. Tu na przedmieściach ubogie, obdrapane, czasem opuszczone. Drzewa, które znamy z europejskich miast pomieszane z plamami i bujnymi krzewami. Rośliny, u nas pędzące skromny żywot roślin doniczkowych, tutaj puszą się w bujnych koronach drzew. Pyszne i dumne. Prawdziwi i jedyni władcy ulic.

Fiskusy imponujących rozmiarów w kolorze soczystej zieleni. Drzewa i krzewy, które uśmiechają się barwami swoich kwiatów. Tak, tutaj ulice się uśmiechają i choć chaos architektury, pomieszanie zamożnych i ubogich, starych z nowym, a nawet nowoczesnym. Jednych wystrasza, innych napawa zachwytem. Nas zachwycało.

Urok architektury boskiego Buenos miało się dopiero ukazać naszym oczom. Jednak to, co widziałyśmy w czasie drogi z lotniska, szeptało w naszych sercach, że odnajdziemy tu dom. 

W stanie błogiego ukojenia do mej uśpionej świadomości zapukało rozwiązanie elektronicznego problemu: przecież mogłyśmy zamienić karty w telefonach. Przy pierwszej podjętej próbie rozbiórki, mój telefon ocknął się na kilka sekund na oparach wirtualnego paliwa.. Szczęśliwe wystarczyło to na odczytanie adresu: Lambaré 1265. Tu właśnie mieści się uroczy pensjonat Tango Oasis, w którym miałyśmy mieszkać przez większość czasu naszej podróży. Prowadzą go Luis Bianchi i Daniela Pucci, tancerze i nauczyciel tanga, znani nam (i Wam pewnie też) w Krakowie. Od wielu lat odwiedzają nasze miasto, w którym czują się jak w domu (mira vos!). Tutaj uczą i tańczą, tutaj mają przyjaciół. Kilkakrotnie też prowadzili warsztaty w naszym klubie, a jeszcze w tym roku zrobią to ponownie. Na przełomie sierpnia i września będzie ich seminarium i tematyczne warsztaty tanga i milongi.. Już dzisiaj serdecznie zapraszamy.

Tango Oasis to kamienica, tak myślę możemy ją nazwać, typowa dla starej zabudowy w dzielnicach Palermo, czy Villa Crespo. Dwa pietra mieszkalne i najwyższa kondygnacja, na której znajduje się kuchnia z jadalnią, coś na kształt małego salonu i taras. To właśnie z tego tarasu pochodzi pierwsze zdjęcie moich stópek w japonkach w promieniach gorącego, argentyńskiego słońca.

Czekała na nas Lorena, młoda kobieta, piękna. Zaprowadziła nas do naszego pokoju, nr 5. Urocze małe sypialnie o ścianach hiszpańskiej bieli, do tego drewniane okna i drzwi. Stare, stylowe meble. Wszystko w stylu dawnego Buenos, jak u nas w klubie, tyle że u nas po krakowsku.

Zostawiłyśmy bagaże, zrzuciłyśmy wiosenno-zimowe ubrania i w miasto. Dostałyśmy nasze pierwsze pesos, więc spokojnie (z rozdziawioną buzią) mogłyśmy pójść na nasz pierwszy argentyński spacer i posiłek. Najpierw oczywiście posiłek. Było około południa czasu lokalnego, w Krakowie dochodziła 16:00, czyli standardowa moja pora obiadowa.

Wybraliśmy się do lokalnej knajpy, zdaje się o nazwie Angelitos. To miejsce, w którym stołują się mieszkańcy, głównie mężczyźni. Wystrój przypomina bar przy stacji benzynowej, bez szaleństw. Ot serwują jedzenie. Myślę, że a) same nie odkryłybyśmy tego miejsca,  b) nawet gdyby został spełniony warunek a, to nie zapuściłybyśmy się na tereny męskiego baru. I dobrze, że warunek a i b nie mógł zostać spełniony, bo jedzenie było bardzo dobra. Pierwsza Minalesa Neopolitana, czyli mięso wołowe na kształt naszego schabowego z żółtym serem i pomidorem. Tarta warzywna (tart mają tu duży wybór, różnych wielkości i smaków. Mniam), no i oczywiście złocisty napój bogów. Tu po raz pierwszy wypiłyśmy Quilmes de un litro. Argentyńskie piwo, które jak się miało okazać, było naszym codziennym napojem, na równi z wodą, lub zaraz po niej. Dobrze schłodzone, lekkie i dobre w smaku, by najmniej dla nas, dwóch wątłych kobiet (pamiętajcie, że stołujemy się w knajpie rosłych Argentyńczyków). Piwo pije się w towarzystwie, stąd duże litrowe butelki.

Rozmowy między ludźmi zawiązuję się niepostrzeżenie, spontanicznie. Oni chcą i lubią ze sobą rozmawiać. My trochę (a nawet zaryzykuję, że bardzo) utraciliśmy tą ludzką, naturalną chęć kontaktu, rozmowy o tym co słychać, jak się masz sąsiedzie. Tu na każdym kroku słuchać „hola, como te va?” i zaraz za tym odpowiedź „bien, bien, todo bien”. Idąc ulicach słyszałam wielokrotnie „impresionante, heromoso,  q lindo”. Nic z ponurego narzekania, o tym jak źle i jak ciężko. Wiem, wiem, nie jestem obiektywna i wiem, Argentyna ma całą masę swoich problemów, ale w tym wszystkim ma (nadal ma) zwyczajną ludzką wrażliwość i troskę o siebie nawzajem. Coś, co o pamiętam z dziecięcych lat z mojej rodzinnej miejscowości: otwarte drzwi w bloku, sąsiadów wpadających po szklankę cukru, która zazwyczaj kończyła się wspólną kawą, dzieciaki bawiące się godzinami na placach pod blokiem, i tylko nieustanie wykrzykiwane słowo: maaamooooo, maaamooooo, rzuć to czy tamto (przez okno oczywiście), a wieczorami, nasze mamy krzyczące z okien: choć już do domu… Tak to pamiętam i za tym tęsknie, w pełni świadomości, że czas lubi idealizować wspomnienia w naszej głowie.

Wiedziałam już z opowieści, że tak tu jest. I naprawdę, tak tu jest.

Po leniwym obiedzie, jeszcze krótka chwila na kawę i lody. Kawa smakuje tu wybornie, niemalże w każdym barze i nie wiem z czym dokładnie ma to związek, ale przypuszczam, że z ilością kawy w kawie. Lody…mniam. Pyszności! Tu, pierwszego dnia smakowały najlepiej. Ja smakowałam w mrożonej czekoladzie, Anna M. właśnie tu odkryła smak duce leche, i to miało ją zgubić w niedalekiej przyszłości. Po nie tak krótkiej chwili przyjemności ruszyliśmy w miasto. Teraz miałyśmy się przekonać, co to znaczy miasto duże. Za kilka dni przekonamy się co to znaczy miasto ogromne.

Najpierw szybkie przeszkolenie, jak korzystać z metra i mogliśmy ruszać w drogę. Chodziliśmy ulicami, najpierw dzielnicy, a potem centrum miasta z ciągle wyrywającym nam się och i ach. Czas na mały ogląd architektury Buenos Aires. Kamieniczki mniej lub bardziej zadbane, niektóre sypiące się już, w nieładzie, a czasem w opuszczeniu. Dominuje niska zabudowa. Jedno, dwa piętra i tars. Między nimi strzeliste współczesne bloki (od kilku do kilkunastu pięter). Budynki układają się w kwadratach, tzw. cuadras. Kiedy niszczeje jeden budynek, najprawdopodobniej zostaje wyburzony i na to miejsce powstaje nowy, strzelisty blok mieszkalny. System cuadras wynika z geometrycznego podziału miasta na kwadraty. Ulice są do siebie równoległe lub przecinają się z innym pod kątem prostym. Jedna ulica może ciągnąć się kilometrami.

W naszej dzielnicy, podobnie jak w Villa Crespo, Palermo czy San Telmo dominuję cudowna architektura w stylu pomieszania z poplątaniem, jak już wcześniej wspominałam. Dominuje modernizm i art deco z widocznymi jeszcze śladami secesji. Budowle są duże, budowane z większym rozmachem i odwagą (?), niże te, które znamy z europejskich miast. Zapewne ma to związek z czasem powstawania miasta, czyli zasadniczo przełomu wieków XIX i XX. Niczym nieskrępowani architekci mogli dać wyraz swoim upodobaniom i wizjom. Wyznaczanie ulic, terenów mieszkalnych było już wolne od średniowiecznych zasad wąskiej i niskiej zabudowy. Do tego dołóżmy ówczesnych prezydentów wysokich ambicji i najlepszych architektów sprowadzanych z Europy. Wyraźnie widoczne wpływy francuskiej i hiszpańskiej zabudowy. Typowe francuskie balkony, tonące w kwiatach. Wysokie, wąskie okna, drewniane okiennice. Bramy wejściowe kute w metalu lub drewniane z rzeźbionymi i złoconymi zdobieniami.  Wewnątrz budynków patia, schowane pośród roślinności i cieni. Dominują kolory bieli, zwłaszcza przy głównych ulicach. No i kopuły, w pysznych budynkach centrum Buenos Aires. W mniejszych uliczkach spotykamy intensywne fiolety, błękity i czerwienie. Tutaj też rozmachu nabiera sztuka uliczna: mozaiki, malowidła i graffiti. Piękne mozaiki i azules lejos zdobią tutejsze metro, zachowane oryginalnie z lat 20. i 30. Tutaj nie było wojny, budynki nie zostały zbombardowane, zachowały się więc z czasów swojej świetności. I prawda, że wiele z nich uległo zniszczeniu lub burzono je pod współczesną zabudową. Pewnie nadal tak będzie się działo, nad czym ubolewa Anna M. Na szczęści jest już ustawa rządowa nakazująca utrzymanie zabudowy centru miasta w ich aktualnym wyglądzie. Może nie wszystko już jest takie, jak było, ale przynajmniej takie pozostanie. A z tego co pozostało, nadal wiele zadziwia i zmusza do otwarcia ust z zachwyty. Mnie najbardziej podobają się stare kabarety i teatry, ale o tym później.

Nasz pierwszy spacer ulicami Buenos z naszym kolegą w roli przewodnika, trwał około czterech godzin. Cztery godziny marszu, z krótkimi przerwami jazdy metrem, w letnim słońcu i temperaturze 27 stopni. To było coś. Zaczynało do nas docierać, że już zapomniałyśmy jak może wyglądać lato.

Wróciłyśmy do naszego argentyńskiego domu. Z rozkoszą weszłyśmy pod prysznic (osobno oczywiście), rozpakowałyśmy się pobieżnie i wreszcie czas na krótką drzemką po podróży. Tak założyłyśmy, że będzie krótka. Ha! O ludzka naiwności… W każdym razie planowałyśmy obudzić się około 19 i posiedzieć na tarasie, może obejrzeć jakiś film, może pierwsza milonga. Na spokojnie, w końcu to był pierwszy dzień naszych wakacji.

Jeszcze przed pożegnaniem naszego kolegi, zapowiedział nam, że około 21:00 „nos pega el sueño”, w luźnym tłumaczeniu: „padniemy jak muchy po zmianie czasu”. Domyślacie się, że w swej ekscytacji zbagatelizowałyśmy tą zapowiedź, i chyba nie muszę już dodawać, że nasza drzemka zakończyła się wprawdzie o 7, ale rano dnia następnego.

 

+ Wtorek, 30 stycznia

Obudziłyśmy się około 7 lekko skonsternowane, ale nic to, ostatecznie właśnie rozpoczęły się nasze wakacje, a to miał być nasz pierwszy samodzielny dzień w Buenos Aires. Byłyśmy gotowe na wszystko, ale na początek trzeba było wymienić pieniądze. Założyłyśmy (o ludzka naiwności), że uwiniemy się z tym dość szybko, o ile nie będzie dużych kolejek w banku, w którym byłyśmy poprzedniego dnia z naszym kolegą. Ja ufałam mocno mojemu intuicyjnemu wyczuciu miejsca i przestrzeni, Anna M. ufała w tej sprawie mi. Dodam jeszcze, że ciągle buchały nam w głowie obrazu europejskiego stylu życia i ulic obfitych w kantory… o ludzka naiwności, że się powtórzę…

Zanim ruszyłyśmy na pierwszy podbój miasta, czekał nasz wspólny poranek i pierwszy zarys wspólnych rytuałów. To była nasza pierwsza wspólna podróż razem. Znałyśmy się z klubu, ze wspólnych pogaduch na mniej lub bardziej ważne tematy. Jednego byłyśmy pewne, bycie rudą do czegoś zobowiązuje… Hm, obie jesteśmy dość podobne w zasadniczych cechach charakteru i celach życiowych… Bądź co bądź, nie od dziś wiadomo, że swój do swego ciągnie… 

A więc pierwszy wspólny poranek. Ania przyzwyczajona z polskiego życia wstawać skoro świt, czego o mnie powiedzieć jednak nie można. Na szczęście zmiana strefy czasowej na tyle zamieszała w naszych biologicznych zegarkach, że budziłyśmy się mniej więcej w podobnym zakresie czasowym, o poranku. Wstawałyśmy na tyle wcześnie, że cała społeczność Tango Oasis pogrążona w głębokim śnie. W końcu Buenos Aires żyję nocami. Już za kilka dni miałyśmy zrozumieć dlaczego.

Ania wstawała przede mną, na tyle, żeby móc samotnie posiedzieć w blasku wschodzącego słońcu na tarasie. Zanim zdążyła znudzić ją poranna samotność, ja budziłam się do życia. Tak zaczynał się rytuał naszych poranków. Śniadania: gotuje Ania, zmywam ja. Potem ja załatwiam sprawy komputerowe, co czasem drażni Annę M., bo to jednak opóźnia czas wspólnego wyjścia. W tym czasie Anna M. studiuje przewodnik po Argentynie, i chwała jej za to, bo dzięki temu na każdy dzień mamy ciekawy plan działania. Potem poranny prysznic (pierwszy z miliona) i wreszcie możemy iść!

Jeszcze tego samego dnia powstał zarys podziału ról i obowiązków, który naturalnie utrzymał się do końca naszego wyjazdu. Ania wyznacza plan dnia, ja dbam o nawigacje w miejskiej dżungli. Ania przemyśliwuje każdy zakup, ja wydaje pieniądze lekko i szybko, w związku z tym notorycznie pożyczam pieniądze od Anny M. Bo albo zabiorę za mało, albo wymienię za mało, albo kupię za dużo. No cóż począć, jak wszystko się człowiekowi tu podoba….

No więc pierwsze wspólne wyjście. Na początek wspomniana już misja wymiany waluty. Idziemy w pełnym zaufaniu, że trafimy do banku, w którym byłyśmy poprzedniego dnia. Ach, bo już zostałyśmy pouczone, że wymieniać walutę należy w bankach. 

Chodzimy i chodzimy, mijamy kolejne przecznice, acz poprawniej napisać: kolejne cuadras. Z aplikacji „zapytaj lokalsa” skorzystać nie możemy, bo ni jak nie pamiętamy nazwy ani zbliżonego adresu, o nazwę zapytać nie możemy bo w telefonie Wi-Fi brak, więc po co zabierać telefon. Tak idziemy i idziemy, no w końcu jakiś bank być musi, w końcu to duże miasto, ba stolica! Ja pamiętałam, że barwy są niebieskie. Ale niebieskie barwy mają również punkty Loteria, a tych nie wiedzieć czemu, jest od groma… Na każdym rogu niemalże.

W zapamiętanej przeze mnie część dzielnicy wyglądanego banku ani śladu. No to szybką decyzją i zmienimy kierunek, może tam. Po jakimś kilometrze przebytej trasy wyłonił się narodowy bank. Ale tu akurat euro nie wymieniają. No to pytamy pana, gdzie możemy wymienić. Skierował nas do większego oddziału dos cuadras de aqui. Ha! Zadowolone idziemy wyznaczoną trasę, praktycznie już pewne sukcesu i głodne. Ale do zaspokojenia tej potrzeby potrzeba było pesos…. Zachodzimy pod wskazany adres, a tu dowiadujemy się, że owszem euro wymieniamy, ale tylko klientom tego banku. No i masz tu babo placek. Głód przybiera, a nadziei na walutę coraz mniej.

Postanowiłyśmy zawrócić do domu i jednak zapytać kolegę o adres banku, gdzie wymieniają euro (nie)klientom tego banku. Już wracając, ja jeszcze postanowiłam zawalczyć i sprawdzić dwie ulice. Niestety, banku ani rusz, ale za to odkryłyśmy setki fajnych knajp z jedzeniem i kawą oraz supermarket przypominający te nasze, z Europy. Jak tu wyglądają sklepy. Ha! To temat na kolejny dzień. W każdym razie nazywają je Chino.

Dotarłyśmy do pokoiku nr pięć, mocno już sfatygowane i z pierwszymi oznakami upału na ciele, zarówno w zapachu, jak i w kolorze skóry. Kolegi w wirtualnej sieci ani śladu, głód przybiera na sile… trzeba szybko coś wymyślić. Daniela! Przecież ona musi coś wiedzieć. Myk, myk, myk, zapukałam do fejsbuczkowego okienka Danieli wyłuskując jej krótko nasz problem, na co ona: „a byłyście w Western Union, dos cuadras de aqui?” No, nie byłyśmy, podziękowałam ze wiadomość i prędziutko udałyśmy się do banku, tak to umownie nazwijmy. I nie myślcie sobie, to był (jest) prawdziwy bank, wygląda po prostu inaczej, jak oddział poczty w podmiejskiej miejscowości, np. w mojej rodzinnej wiosce. Tutaj też po raz pierwszy spotkałyśmy się ze zwyczajem „toque el timbre y espera que te abren”. Otóż w większości sklepów, i niektórych banków jest praktykowany zwyczaj zamkniętych drzwi. Zwykle są one przeszklone więc można zobaczyć, że za drzwiami toczy się handlowe życie. Ha! ale wejść w nie, nie jest tak prosto jak w Europie… Trzeba zlokalizować magiczny przycisk w pobliżu drzwi, nacisnąć i cierpliwie zaczekać, aż otworzą. Zwyczaj ten jest praktykowany we wszystkich mniejszych sklepach, a już na pewno w tych najbardziej przez nas pożądanych (no dobrze, przeze mnie) sklepach i butikach z obuwiem do tanga. Otwarte są Chino, Kioski i duże sklepy w centrum i galeriach handlowych, ale zdaje się, że jeszcze nie mają europejskiego zwyczaju dręczyć klientów zapachem. Znaczy zdaję się, że nie perfumują wnętrz handlowych.

Wracamy na Lambare i do drzwi wspomnianego banku. Nacisnęłam dzwonek, dźwięk postawiłby na nogi nawet umarłego, więc nie miałam wątpliwości, nawet cienia, że nas usłyszeli. I faktycznie, po krótkiej chwili rozległ się znany nam dźwięk domofonu, wrota (żelazne, porządne drzwi) zostały otwarte. Ta młodzieniec miłej aparycji dokonał z nami oczekiwanej transakcji i wreszcie dotknęłyśmy myślą błogostanu nieba i wolności. Swoją drogą mieć pieniądze i nie móc ich użyć, jest niemal równie irytujące jak pływać w morzu i nie móc się napić. Stan zagrożenia jest nieporównywalny, oczywiście, ale wierzcie mi, mój wyposzczony żołądek przeżywał to równie dramatycznie.

Wyposażone w argentyńskie (upragnione) peso możemy ruszyć w poszukiwaniu pyszności dla podniebienia i nie wiedzieć czemu wszystkie knajpki, które jeszcze przed chwilą, same, bezwstydnie narzucały się naszym „wygłodzonym” oczom, teraz, jakby na znak, pochowały się gdzieś w zakamarkach Buenos. Nic to, kierowane już tylko instynktem, wytrwale przemierzałyśmy kolejne cuadras w poszukiwaniu naszego miejsca. I ono tam było, czekało nas spokojne i dumne na rogu ulicy Gascón (ta ulica jeszcze nie jedno nam miała pokazać. Weszłyśmy do środka, do starej, dobrej knajpki z lat 40., może 50., zajęłyśmy stolik i już po chwili podszedł do nas camarero. Ach, cóż to był za mężczyzna! Doświadczony, to na pewno. Nie wiem ile mógł mieć lat, ale myślę, że około 60. Elegancki, spokojny i pewny swej profesji. Podszedł do nas zdecydowanym krokiem, przywitał się i przyjął zamówienie. Cudowne! I jeszcze nie raz miałyśmy tego doświadczyć. Chwile później przygotował nasz stolik i podał boski napój de un litro. Grzecznie zapytał, czy życzymy sobie con espuma o sin espuma? Znaczy nalać piwo do kufla z pianką i czy bez. No powiedzcie, gdzie się to zdarza jeszcze w popularnej knajpce na rogu u nas? No cóż w krajach iberoamerykańskich zawód camarero, to bardzo poważna i szanowana profesja. Stąd spotyka się kelnerów w sędziwym wieku. Tam nie traktuje się tego zawodu, jak coś na poczekaniu dla studentów. Tam to całkiem poważne studium etykiety i psychologii klienta. I Oni naprawdę to potrafią. Szacunek i czapki z głów, zwłaszcza wobec tych doświadczonych wiekiem. Jeszcze w kilku knajpach miałyśmy tego doświadczyć i każda z nich była co najmniej z lat 50. ubiegłego wieku, jeśli nie starsza.

W błogości serca i umysłu spożywałyśmy nasze zmówienie, popijając je złocistym i dobrze schłodzonym napojem. Ja zdaje się zamówiłam tartę, Anna M. empanadas. Smaczne. Nasycone i odprężone mogłyśmy ruszyć do pokoiku nr. 5. Ja myślałam o wieczornej milondze, ale nic nie było pewne. No może tylko lekkie oszołomienie i nadal trwający błogostan. Wolnym krokiem dotarłyśmy na nasze piętro. Nie wiem ile było stopni, ale 30 z pewnością. Zatem szybki prysznic i sjesta. Taaaak, w dodatku tutaj to jest legalne. Nie powiem, zwyczaj sjest starannie kultywuję również w kraju, co niekiedy spotyka się ze zgorszeniem lub co najmniej konsternacja, kiedy czasem ktoś wyrwie mnie telefonem z objęć mojego sennego kochanka. No cóż, wtedy trzeba wymyślać szybko jakąś sensowną odpowiedź (wymówkę) na poczekaniu i jakoś załagodzić reakcję po drugiej stronie słuchawki telefonu. A tu? Wystarczy słowo sjesta, i nikt nie pyta już o nic.

Szybki prysznic i bęc na łóżko…Nie wiem czy minęło 10 min i już byłam w innym stanie świadomości (nie ukrywajmy, złocisty napój znacznie przyśpieszył ten proces). Anna M., zdaje się czyniła jeszcze łazienkowe rytuały, kiedy ja już śniłam, acz nie wiem o czym…. Chyba to było przyjemne, bo obudziłam się zrelaksowana no i niestety mocno rozleniwiona. Plan milongowy z każdą kolejną minutą oddalał się i kiedy tylko spotkałam się z Anną M. w rozbudzonym stanie świadomości, decyzja zapadła – realizujemy plan z poprzedniego wieczoru. Przekąski i film. Na początek wybrałam bajkę. Anna M. nie oponowała. Wyjaśniłam, że bardzo lubię oglądać bajki, bo tu wszystko jest jasne. Mniej więcej od razu wiadomo kto jest dobry, a kto zły i zwykle dobrze się kończy. A ja bardzo lubię takie historię. Ot co! No więc obejrzałyśmy jedną ze współczesnych, humorystycznych wersji bajek o Królewnie Śnieżce. Bajka zaczynała się od wprowadzenie w stylu dawno, dawno temu… ludzie byli szczęśliwi, cieszyli się i tańczyli całymi dniami i tu pojawiło się pierwsze wtrącenia narratorskie: ciekawe kiedy oni mieli czas pracować? Hm, kupiłam to. Rewelacja. Stety, niestety był to najmocniejszy fragment tego filmu, acz całość całkiem przyjemna i naiwna zgodnie z moim oczekiwaniem.

Po pierwszym seansie, jakiś niedosyt tlił się w mojej głowie, więc tym razem wybrałam coś z klasyki: Żądło. Ha, obejrzałam może 15 min i ponownie trafiłam do krainy sennych mar. Oj działo się tym razem. I znowu nie pamiętam, ale dnia następnego miałam obudzić się z poczuciem zmęczenia, tak jakbym co najmniej ja zagrała główne role w obu obejrzanych filmach i to wszystkie na raz. Ale to dopiero o poranku, a tymczasem dobranoc…

+ Środa, 31 stycznia

Środa, dzień trzeci ( w Buenos), to miał być właśnie ten dzień, a raczej wieczór… wieczór pierwszego tanga, pierwszej milongi. A tu bucika brak… W końcu nie jedzie się do boskiego Buenos z własnymi butami, to akurat wiadomo! Plan więc był następujący: śniadanie, a po nim spokojny, leniwy acz nienudny spacer w kierunku Santa Fe, tam właśnie umiejscowiony jest butik, jednej z bardziej pożądanych marek tangowego raju w Europie. Dokładnie rzecz ujmując chodziło calle Arenales, która biegnie równolegle do Sante Fe. Avenida Santa Fe należy do jednej z największych ulic w tym mieście i rozciąga się stąd aż do końca świata…. Poważnie! Kilka dni później w drodze autobusem podmiejskim do Tigre spoglądałyśmy na malujący się naszym oczom krajobraz, i co nam się ukazało? Av. Santa Fe! Ha! Dopiero kilka godzin (albo dni) później dotarło do mnie, że oni w każdej miejscowości mają te same ulice, a raczej ich nazwy. Sante Fe, to ta najważniejsza, jak u nas Floriańska. Inaczej będzie w Urugwaju, w Montevideo, ale o tym później.

W każdym razie celem zamierzonym naszej wyprawy miał być zakup butów, a skoro poprzedni dzień zakończył się bajką, w mojej głowie pojawiła się myśl przewodnia: „w pogoni za złotym bucikiem”. Buciki co prawda okazały się bardziej srebrne, albo chociaż brudno złote, a nawet wszystko razem. Za to pogoń naprawdę okazała się być pogonią. Jakiś czas później Anna M. studiując przewodnik po ziemi argentyńskiej natrafiła na fragment, który przeczytała mi na głos. Dodam, że trafiła na niego jakiś czas po tym spacerze, ale właśnie wspomnienie tego dnia stanęło nam wtedy przed oczami. Fragment ów podaje: ​Buenos Aires, mimo całego ogromu jest łatwe do zwiedzania.​ Ulice mają logiczny układ i uporządkowaną numerację, sieć autobusowa jest rozbudowana i działa dość sprawnie, a taksówką można dojechać w wybrane miejsce za stosunkowo niewielką opłatę. Ale najlepiej zwiedzać Buenos pieszo, ponieważ w ten sposób trafia się do ładnych parków albo na ciekawe podwórza, do których trudno dotrzeć w inny sposób. teren jest płaski, więc trudno się zmęczyć. Trzeba tylko pamiętać, że piesi nie mają tu zbyt wielu praw. A zatem powodzenia albo – jak mówią miejscowi: Suerte!

 

A teraz przeczytajmy go wspólnie raz jeszcze, zatem: ​Buenos Aires, mimo całego ogromu jest łatwe do zwiedzania (prawda, choć dyskusyjna, tyle jest tu do zobaczenia, że trzeba to dzielić na partie i na dni).​ Ulice mają logiczny układ (prawda, matematyka nie bez kozery jest matką nauk) i uporządkowaną numerację (chyba prawda), sieć autobusowa jest rozbudowana (prawda, po stokroć prawda) i działa dość sprawnie (prawda, i do tego dość tania, a momentami bardzo tania. Raz nawet, chyba, Pan kierowca w ogóle nas nie skasował za przejazd, bo miałyśmy do pokonania jakieś dwa przystanki, ale chyba, bo nie wiem czy dobrze go zrozumiałam.  W każdym razie wtedy, dnia trzeciego jeszcze nie posiadłyśmy tajników podróżowania autobusami), a taksówką można dojechać w wybrane miejsce za stosunkowo niewielką opłatę (prawda). Ale najlepiej zwiedzać Buenos pieszo (prawda, po stokroć prawda, o ile się wie, gdzie się idzie, no choć ma się jako tako zarysowaną koncepcję), ponieważ w ten sposób trafia się do ładnych parków albo na ciekawe podwórza (można tam trafić nawet to planując, Annie M. się udawało), do których trudno dotrzeć w inny sposób (no w sumie wjechać na conventigios autobusem było by ciężko, ale do parku, czy ja wiem?…). teren jest płaski, więc trudno się zmęczyć (Ha! ha! ha! Ten fragment doprowadził nas do łez, ze śmiechu rzecz jasna, następnym razem autor tego tekstu powinien przejść się razem z nami, choć raz….) Trzeba tylko pamiętać, że piesi nie mają tu zbyt wielu praw (dyskutowałabym, otóż na czerwonym lub sygnalizacji stop można przechodzić legalnie, kiedy nic nie jedzie, gorzej jak się jest na środku przejścia i właśnie zapala się zielone dla pojazdów. Cóż, wtedy lepiej nie być na środku przejścia. Na sygnał „jedź”, ruszają wszyscy z kopyta, i nie jest to jeden pas…oj nie.). A zatem powodzenia albo – jak mówią miejscowi: Suerte! (Tego akurat miałyśmy całkiem sporo…).

 

Zatem wracając do naszej wyprawy śladem złotego bucika i celowo użyłam słowa wyprawy. Co prawda czymże dla nas jest pokonanie pieszo dystansu Av. Corrinetes, altura 4600 – 47000 w kierunku Av. Santa Fe, altura jakakolwiek. Toż to na mapie rzut beretem, co to dla nas, dwóch zaprawionych w bojach pieszych dystansów -Te pyszne myśli bezwstydnie tłoczyły się w naszych głowach i dalej – całe życie niemal poruszam się dwójką (na dwóch nogach), przeszłam moje rodzime dzielnice wzdłuż i wszerz przynajmniej tysiąc razy. Co to dla mnie leniwy spacer na Santa Fe! O ludzka naiwności… 

No więc jak to właściwie było…

Obudziłyśmy się skoro świt, pamiętam, że pomyślałam sobie wtedy: „cudownie, mam czas na robótki internetowe w ciszy zanim wstaną inny i zrobi się rozgardiasz w kuchni, obrobię się z robotą zanim Anna M. wstanie, elegancko”. Potem miało się okazać, że to tylko efekt zmiany czasu i już za jakiś czas znowu o 9:00 rano ledwie będę podnosić zaspaną powieką z nadzieją, że to jeszcze nie czas na wstawanie, że jeszcze chociaż pół godzinki. Ochhhh jak ja to lubię, obudzić się przed czasem ze świadomością, że jeszcze nie. Wiem, wiem, jesteśmy na urlopie, ale jednak szkoda dnia na spanie, a jak tak lubię spać…

Więc obudziłam się po 7:00 umęczona senną tragikomedią, ale nic to, komputer pod pachę i na patio. Tam małe co nieco z klubowych wydarzeń i możemy przystępować do śniadania i porannej kawy. Kawę miałam odstawić lub choć zamienić na yerbę. Nie odstawiłam do dziś. Jak to mówią, trzeba mieć w życiu jakieś słabości. Ale myślę sobie, że jeszcze nadejdzie ten dzień i odstawię. Ot co!

Około 9:00 zjadłyśmy śniadanie, czyli owsianą papkę z owocami, potem kawa, poranna toaleta i możemy ruszać w drogę, uzbrojone w mapę i butelkę wody z cytryną. No, ja jeszcze w kapelusz chroniący me lico przed słońcem. Według planu (mapy) miałyśmy pójść na prawo od domu. Wtedy jeszcze miałyśmy tylko mapę z rzeczonego przewodnika. Po 15 minutach marszu, rzut beretem jakoś tak się dłużył, po 20.tu kilku dotarłyśmy do ulicy Gascón i jakież było moje zdziwienie, bo według mojej orientacji ulica ta była na lewo od domu. Anna M. była wyluzowana, chłonęła architekturę i ścienne malowidła. Ja wyluzowana byłam mniej (wiem, wiem – urlop!), ale co zrobić, jak w głowie chodził program zadaniowy: odnaleźć but. No więc po tych 20.stu i kilku minutach, stojąc gdzieś na ulicy Gascón zniecierpliwiona poprosiłam (a może bardziej zażądałam? mhm) Annę M. o mapę i znanym Wam grymasem twarzy próbowałam ustalić nasze położenia. Układ kwadratów (wtedy jeszcze nie miałyśmy opanowanej techniki dzielenia miasta na cudras) ni jak nie przystawał do mojej wizji „rzut beretem”, zatem narastającą frustrację postanowiłam wziąć sposobem: lepiej myśli się po jedzeniu. Ogłosiłam Annie M., że muszę coś zjeść. Tu i teraz! Anna M. nadal była wyluzowana i nadal nie rozumiała mojej frustarcji (alew końcu tu chodziło o mój but i o moją milongę), ale przystała bez oporów na moje wrunki i tak oto usiadłyśmy w knajpce na ulicy Gascón. Knajpka ta w niczym nie przypominała tek ze wczoraj, choć obie były na ulicy Gascón. Ta była bardziej w stylu współczesnych modnych knajp „zielonego jedzenia”, fajnie urządzona. Jedzenie pyszne i drogie, zupełnie jak w dizajnerskiej knajpie na naszym Kazimierzu. Ja zamówiłam sałatkę, Anna M. złocisty napój. Posilone ruszyłyśmy w dalszą drogę pomiędzy budynkami dzielnicy Palermo. Najwięcej, przynajmniej w tej części Palermo jest starych jednopiętrowych zabudowań z płaskimi dachami, a raczej z tarasami na dachach. Kolory domów od zielonych przez czerwienie i fiolety do żółtości i beżów. Nie jest to tak widowiskowe jak na Kubie, ale dużo bardziej niż w ścisłym centrum miasta, gdzie dominuję eleganckie barwy bieli i beżu. Jest tu biedniej, ale spokojnie i leniwie… bardzo klimatycznie. Z pewnością klimatu nadają uliczne malowidła, najwięcej widać graffiti na murach i blaszanych bramach. Anna M. jest zachwycona. Ja chyba też, choć tryb zadaniowy w mojej głowie nie pozwalał mi w pełni delektować się sztuką uliczną. W tej aurze idziemy i idziemy, i idziemy… W końcu zdecydowałam się sięgnąć do aplikacji „zapytaj  lokalsa” ( na tym etapie mama z przewodnika już mnie bardziej irytowała niż pomagała w dojściu do celu, potem okazało się dlaczego. Ha! jedna cuadra na mapie wcale nie była cuadrą rzeczywistą. Nooo, tak rzecz ujmując rzut beretem już nie wydawał się rzutem, toż to nie mal wyprawa w kosmos). Co jakiś czas pytałam napotkanych przechodniów, czy obrany przez nas kierunek o celu jest właściwy? Spokojnie i  miło (a nawet z pewną troską, bo mam nadzieję, że to nie było politowanie) odpowiadali,że tak, idziemy w dobrym kierunku, ale czy na pewno chcemy iść pieszo? hace falta…. Tak, na pewno. Tu jeszcze zuchwała pewność siebie panoszyła się w naszym ciele i duszy, ale już niedługo, już niedługo….

Tak więc szłyśmy dalej, mijałyśmy kolejne cuadry, a mój grymas twarzy nie mijał. Anna M. raz na czas musiała mnie dyscyplinować i przywoływać do porządku, że w końcu jesteśmy na urlopie, a na urlopie tempo pokonywania trasy jest znacznie (podkreślić i wytłuścić słowo znacznie) wolniejsze, nie mówią już o grymasie twarzy. Starałam się, naprawdę starałam się, ale myśl o tym, że muszę mieć ten bucik (a najlepiej dwa) już dzisiaj robi swoje. Jestem pewna, że każda tanguera mnie zrozumie, ba i Anna M. pewnego dnia też… Bo myśl stawania się tanguerą już zaczęła kiełkować w jej głowie.

Architektura zaczęła się zmieniać, coraz częściej w miejsce jednopiętrowych XIX. wiecznych domów wyrastały kilkunastopiętrowe wieżowce I bynajmniej nie zakłócało to poczucia tej cudownej harmonii pomieszania z poplątaniem, współgrania starego z nowym, historii z współczesnością. Im bliżej centrum tym zabudowa wyższa, a spokój i cisza uliczek ustępują hałasom dużych ulic. Choć czy to rzeczywiście hałas? Dla mnie nie. I choć rzeczywiście jest więcej ludzi, zgiełk i natężenie ruchu, to nadal czuć tu spokój. Poczucie, że wszystko ma swój czas i porządek. Ta refleksja miał przyjść do mnie nieco później, teraz bowiem w mojej głowie paliła się jedna myśl: gdzie jest ten cholerny bucik. W końcu czas mijał, mijały kolejny cudary, a Avenidy Santa Fe jak nie było, tak nie ma. Tak się zapętliłam w tym skupieniu poszukiwacza złotego bucika, że w końcu przeszłyśmy rzeczoną Avenidę w ogóle jej nie zauważywszy. Zorientowałyśmy się po tym, jak uliczny zgiełk zaczynał cichnąć, a miejskie wieżowce na powrót zamieniać się w domy, domki i domeczki. Aplikacja „Zapytaj lokalsa” poinformowała nas, że musimy zawrócić i w końcu dotarłyśmy do celu, tego pierwszego – Avenidy Santa Fe. Królestwo bucika znajdowało się przy skrzyżowaniu Avenidy i ulicy Liberdad.

Jedno trzeba przyznać, rzeczywiście szukając bucika natrafiłyśmy na kilka miejsc, do których pewnie w innych okolicznościach w ogóle byśmy nie trafiły. Mijając kolejne wystawy, w naszych głowach rodziła się obietnica: musimy tu wrócić, jak tylko znajdziemy ten bucik. W końcu Annie M. też należy się coś od życia…

Im bliżej celu, z tym bardziej wytężonym wzrokiem przemierzałam ulice wielkiego miasta. Jest! W końcu! d\Dotarłyśmy do ulicy Liberdad, ulicy wolności. Za jakąś godzinę miałam tej wolności doświadczyć, z parą bucików w rękach. Ale zanim to, trzeba jeszcze było odnaleźć królestwo rzeczonego bucika. Odnalazłyśmy numer, zachodzimy pod tenże i…? Królestwa, a tym bardziej bucika ani śladu… Na szczęście Anna M. przytomnie odnalazła w swojej głowie informację, że ulica poszukiwanego królestwa to Arenales, a nie Liberdad. Ha! Skąd taki błąd logistyczny? A no w poszukiwaniu mniejszych ulic, trzeba było wyznaczyć punkty orientacyjne i dobrze widoczne na mapie, i to na każdej mapie. Zatem najpierw róg Avenidy Santa Fe i calle Liberdad, potem dopiero można zająć się poszukiwaniem punktu docelowego. Znalazłyśmy i ten (oczywiście najpierw przeszłyśmy go trzy razy w ogóle go nie zauważając, taka sytuacja, podobnie jak obranie przeciwnego kierunku ulicy miało nam się jeszcze przydarzyć, nie raz i nie dwa. Jakiś szczególny talent objawił mi się w tej podróży – intuicyjnie wybierałam kierunek przeciwny do właściwego. Na szczęście jak tylko odkryłam ten talent, znalazłam sposoby, jak go przechytrzyć, ale o tym może później.)

No więc stanęłyśmy przed właściwym numerem przy ulicy Arenales. Jak przystało na królestwo, trzeba było jeszcze pokonać kilka labiryntów, zanim mogłyśmy zapukać we właściwe drzwi. Na szczęście labirynty okazały się być przyjemne dla oka i duszy. Dzień zmierzał już ku końcowi, więc nie było pewności, czy tego dnia dane nam będzie przekroczyć wrota upragnionego królestwa… Zapukałam. Chwila ciszy i rosnącego napięcia… Są czy ich nie ma? Oto jest pytanie, zwłaszcza po kilku godzinach drogi… Na szczęście (nie wiem czy bardziej moje czy ich – byli, sądząc jednak po obranej polityce obsługi klienta, było to szczęście jednak bardziej moje niż ich). 

W butiku były dwie kobiety, jedna z nich to typ prawdziwej doña de casa, i ciałem i duszą. Zasadniczą obsługiwała tylko kwestie finansowe i nadzór całej transakcji. Mierzenie, wybieranie, doradzanie oraz spełnianie życzeń klienta leżało w gestii drugiej kobiety, kilka lat młodszej i jeszcze bez cienia postawy postawy tejże.

 

Butik urządzony w jasnych kolorach, białe ściany, jasna wykładzina, duże lustro, i skromna jak na taką markę firmy wystawa oferowanych butów. No cóż widocznie nie bez powodu mówi się: albo dokładnie wiesz co chcesz kupić, ale zdajesz się na ich gust. I albo bierzesz co Ci dają, albo nie. Mierzyć 100 par, zastanawiać się, a nie daj Boże wybrzydzać? Co to, to nie… Na pewno nie tutaj. albo jesteś zdecydowanym klientem, albo zdecydowanie szybko opuszczasz ten lokal. Ponieważ ja należę do pierwszej grupy i zwykle zakupy robię zdecydowanie i szybko, po niespełna pół godziny opuściłyśmy lokal z upragnionym bucikiem w ręku. Ufff… w końcu. Zew wolności jawił się na moim mentalnyn horyzoncie. Teraz spokojnie mogłyśmy wrócić do domu, chwilę odpocząć i szykować się na wieczór. Dochodziła godzina 19:00, a że na milongi wychodzi się tu wieczorem, a nawet nocą, mamy czas… Na luzie, pośpiechem się brzydząc możemy kierować się w stronę Avenida Corrientes, po drodze wstąpić do kliku sklepów, które wcześniej skusiły nasze oczy. Chyba nie wspominałam jeszcze, tutaj, znaczy w tej okolicy raczej nie spotyka się zwyczaju toque el timbre. Drzwi są otwarte, sklepy urządzone podobnie, jak te nasze, europejskie, z tą różnicą, że brak tu perfum unoszących się w powietrzu, a widok ulicy nie męczy zatrważającą ilością reklam i neonów. W zasadzie nadal panuje tu duża zgodność opisu towaru/usługi ze sprzedawanym towarem/usługą. Po ubrania chodzi się do sklepów z odzieżą, po książkę do księgarni, po bułki do piekarni. Włosy ścina się u fryzjera, a pranie robi w pralni. Nic z maniery ukrywania usług i produktów pod tajemniczą grą w słów, w stylu Daj drugie życie w swojej koszuli i myśl człowieku, czy chodzi o krawca, czy projektanta, czy punk zbiórki odzieży czy też o pralnie. 

Zakup pierwszych butów w mekce tanga wymagała upamiętnienia,  fotografii i całego rytuału celebracji z macaniem, oglądaniem, wzdychaniem, tec. czyli wszystko to, co wydaje z siebie zadowolona kobieta, no prawie wszystko. Tak czy inaczej, chwila ta zapisała się radością i nadzieją w sercu mym. Teraz właśnie otwierał się świat nowych, niekończących możliwości – milongi w boskim Buenos. W końcu nic tak nie ekscytuje, jak milonga w nowych butach, no może jeszcze jedna lub dwie rzeczy… i każda tanguera myślę wie, o co może chodzić…i bynajmniej nie o partnera, przynajmniej nie tylko o niego. Pewnie czekacie już na opisy, jacy oni są, ale myślę, że tandy są jak pocałunki, o nich się nie mówi. Przeżywa się je i nosi w sercu, przynajmniej te warte zapamiętania. Ja miałam dużo szczęścia i mam co pamiętać. Napiszę co nieco, jak tam się tańczy, ale nic z przeżyć osobistych nie zdradzę. I życzyłabym sobie, żeby moi taneczni partnerzy dochowali sekretu wspólnych tang. Ponoć tancerza poznaje się po twarzy (a właściwie grymasie tej twarzy) partnerki, z którą aktualnie tańczy. No więc z mojej twarzy uśmiech nie schodził, oj nie…

No dobrze, czas na ciąg dalszy historii z dnia trzeciego. Opuściwszy królestwo bucika udałyśmy się do pobliskich sklepów dla odmiany nie związanych ani z tangiem ani z butami, ale nadal bardzo atrakcyjnymi w świecie kobiet, mianowicie do sklepu odzieżowego. I tu warto zatrzymać się chwilę nad sklepem, jak się miało okazać sieciówką. Przy wejściu widniał szyld Cuesta Blanca, nie wiedzieć czemu, bo całe wnętrze utrzymane było w ciemnych, a nawet czarnej kolorystyce. Trzy piętra urządzone z przepychem baroku a la burdello. Ciemna posadzka z kamienia, ściany w podobnym stylu, lustrzane sufity, na których pyszniły się bogato zdobione żyrandole złotego koloru. Ubrania na szczęście lub nieszczęście, hmmm, sama nie wiem, nie nawiązywały do stylistyki. Na wieszakach obojętne na spojrzenia przechodniów wisiały sukienki, bluzki i bluzeczki. Styl współczesny, kobiecy i zwiewny. Jeszcze nie raz miałyśmy się przekonać, że ubrania dla kobiet są bardzo kobiece, w staromodnym wręcz stylu, a dla mężczyzn – męskie. W sklepach konfekcji damskiej dominują zwiewne bluzki i sukienki, dużo kwiecistych wzorów, prostota i elegancja. Ach, na Av. Corrientes za czas jakiś napotkamy również lateksową wersję Argentyny. I nie wiem, czy warto to pamiętać…W każdym razie wzornictwo tkanin jest ciekawe i zwyczajnie ładne, bardziej urozmaicone niż w naszych galeriach. Podobnie rzecz się ma, jeśli chodzi o biżuterie i obuwie. Wiem, wiem, zarzucicie mi, że idealizuje to miasto, być może tak, ale to chyba naturalne w zakochaniu jest, prawda?

Wróćmy do Cuesta Blanca na Av. Senta Fe. Tam zakupiła swoją pierwszą sukienkę (nie, nie-tangową). Tak szczerze to nie planowałam w zasadzie żadnych zakupów poza butami do tanga i „gadżetami” do klubu. Wyszło inaczej, no cóż do zakupów ma lekką i szybką rękę. I tak się to zwykle kończyło, że na koniec dnia brakowało mi jakieś 100 peso. Na szczęście Anna M. przezornie miała ze sobą większy zapas gotówki. I wierzcie mi, ja nie jestem rozrzutna (przynajmniej osobiście tak własnie o sobie myślę), zwyczajnie ulegam słabością. No bo jak tu przejść obojętnie wokół tylu cudowności w stulu retro i vintage? Uwielbiam sukienki, bluzki i spódnice. I prawdę powiedziawszy spodnie zakładam już tylko z lenistwa, albo z ograniczonego czasu na odpowiedni dobór garderoby (przykładowo 12 minut do wyjścia, a ja zupełnie w proszku), ale jak tylko mam czas i sposobność, to wybieram z mojej szafy sukienkę, albo inny ciuch kobiecy. Mówcie co chcecie w sukience wygląda się bardziej kobieco niż w spodniach i kropka, a jak kobieta wygląda, tak zaczyna się czuć i zachowywać. Ja przynajmniej jestem dużo bardziej kobieca w spódnicach niż w spodniach. Wierzcie mi.

Tak więc z pierwszą zakupioną sukienką, na przecenie oczywiście (nie myślcie sobie), czyli w bardzo przyzwoitej kwocie, moje zadowolenie sięgnęło większego pułapu, a wydawało się, że już nic go nie podniesie. Ann M. zakupiła przepiękną bluzeczkę w paseczki. Ona bardzo, bardzo lubi paski. Szłyśmy spacerowym krokiem w stronę pokoiku nr 5, nawet nie spodziewając się, że ten spacer jeszcze długo się na zakończy. Ja zdaję się miałam w głowie wyobrażenie o jakiś 20 minutach drogi. O ludzka naiwności. Nie wiem czy doznałam chwilowego zaćmienia umysłu, czy stan zadowolenia wziął górę nad wszystkim, ale skoro tyle szłyśmy w kierunku Av. Santa Fe należało spodziewać się podobnego dystansu w drodze powrotnej. No, ale jak już pisałam, gdzieś mi to umknęło.

Szłyśmy, po drodze jeszcze jeden, dwa może trzy sklepy. W jednym zakupiłam pierwsze mate i kilka gadżetów do klubowego kasyna, w pozostałych sklepach już tylko pobieżnie rzuciłam okiem na asortyment. widocznie poziom ekscytacji i euforii osiągnął górny limit i w naturalny sposób przeszedł w błogostan, potocznie zwany nirwaną. Stan ten charakteryzuje się nagłą utratą otaczające rzeczywistością i niezwykle kuszącą migracją w świat przeżyć wewnętrznych….Zatem ja, mój świat wewnętrzny i Anna M., prawdopodobnie również z kompanem uczuć własnych przemierzałyśmy kolejne cuadras. Anna M. jeszcze robiła zdjęcia, ja odpłynęłam. Jako tako jeszcze czuwałam nad kierunkiem drogi. Kiedy dotarłyśmy do Av. Corriente na wysokości Subte Callao, pomyślałam no już prawie jesteśmy w domu. Wtedy jeszcze nie znałyśmy wszystkich przystanków do naszego Angela, ani nie miałyśmy świadomości, że dystans między jednym przystankiem a drugim to lekko 20 minut drogi. Ale co to dla nas, zapalonych wędrowniczek miejskich. Już za chwilę miało się okazać, że jesteśmy zapalone nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. Ale zanim to mój talent trafiania w niewłaściwy kierunek objawił się ponownie, chyba po raz trzeci tego dnia.

Drugi raz był nawet przyjemny, bo owocem tej pomyłki była kamienna posadzka z krokami tanga. Oczywiście domagałam się zdjęcia od Anny M. Takiej okazji nie mogłam odpuścić, w żadnym razie! Ustawienie stóp do tych fotografii, to chyba był ostatni świadomy akt woli mej tego dnia. No cóż, w życiu bywa i tak. Nie myślcie, że choć przez chwilę mnie to martwiło. Absolutnie. Martwić, a raczej doskwierać uporczywie zaczęła mi inna część ludzkiego bytu. I tu przychodzi moment na wspomniane już zapalenie. Idąc av. Corriente zaczęłam odczuwać coraz bardziej dotkliwe pieczenie na łydkach. Spoglądam, przyglądam się i po chwili już wiedziałam – asfaltówka. No i masz Ci babo placek. Też mi jakoś umknęło, że chodzenie kilka godzin w upale po rozgrzanym asfalcie tak właśnie może się skończyć, a w moim przypadku już na pewno. Cóż takie życie z WWO.

Gdzieś w mej pamięci kołatało się, że należy wziąć wapno, tak przynajmniej zalecano mi w Polsce , gdy ten czerwony ogień dopadał mych śnieżnobiałych nóg. Należało więc wstąpić do pierwszej napotkanej apteki i zakupić biały proszek. Tak też uczyniłyśmy. Co prawda w farmacii tej Pan mocno zadziwił się na właśnie wyartykułowane zamówienie. Zapytał: na co to? Ha! Bądź tu mądry i wytłumacz teraz panu piękną hiszpańszczyzną w czym rzecz. No nie było łatwo, a tym bardziej piękną hiszpańszczyzną. Pan zadziwił się ponownie, bo według jego wiedzy takim schorzeniom wapno nie służy, ale uprzejmie nam sprzedał. Wydał towar na ladę, dopiero później na zdjęciu zobaczyła tą ladę w pełnej krasie. Spodziewać by się można w aptece reklam farmaceutyków, a tu, nie. Nazwać reklamą tego nie można, ale efekt jest. Tu też po raz pierwszy spotkałyśmy się z płatnością de tarjeta (drożej) y efectivo (taniej). Krótko mówiąc płatność kartą wychodzi drożej.

Zapakowałam wapno do torby, trochę skołowana czy powinnam to brać, ale cóż, pomyślę o tym później, zdecydowałam i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Szłyśmy i szłyśmy wypatrując z każdą cuadrą skrętu do naszego argentyńskiego domu. Tak minęły kolejne dwie godziny. Zdążyło już zajść słońce, więcej nawet, zapadła już noc.

 

 

W końcu dotarłyśmy do pokoiku nr 5. Wzięłam prysznic, było około 21:00, jeszcze tliła się myśl w głowie, żeby pójść i zatańczyć tango. Ciało me jednak podjęło własną, niezależną decyzję – zaległo, mówiąc mi swój stary, oklepany tekst: ja zostaję, a Ty rób co chcesz. Jeszcze kusiło troszkę się z nim poszamotać w sprawie, ale widok „asfaltowych nóg” i opuchniętych stóp pokonał mnie. Mówię ciału memu więc: no dobra, zostaje i ja. Ledwo zawarliśmy pakt porozumienia w tej sprawie, a już Morfeusz porwał mnie w ramiona swe. Tego dnia tańczyłam tango, na ulicy, naśladując ślady stóp grandes miolngueros. Dobranoc!

Diarios de una Peliroja

Obudziłam się z przekonaniem, że dzisiaj to już musi być ten dzień, dzień pierwszej milongi. Nie może być, że jest tu już czwarty dzień i ani nie o tarłam się o parkiet do tańca. Tak się złożyło, że nasz kolega tego dnia, a raczej wieczoru mógł nam towarzyszyć. Więc to na pewno będzie dziś. Dzisiaj zatańczę swoje pierwsze tango w boskim Buenos…

Do wieczora, zaznaczmy, że argentyńskiego wieczora, czyli przynajmniej do godziny 22:00, kiedy to wychodzi się w miasto (lub na miasto, jak kto woli) było jeszcze sporo czasu. Anna M. od rana studiowała plan miasta, dziś miał być też pierwszy dzień zamierzonego, wakacyjnego „szwendania się” po mieście. Obejrzałam stan moich nóg, było całkiem nieźle. Wróciły do swoich pierwotnych rozmiarów, no przynajmniej z tych sprzed podróży. Asfaltówka też wycofała się na peryferie moich łydek, zatem można był używać ich (nóg) nadal. Ale, ale, oszczędnie, bo najważniejszym punktem tego dnia miała być przecież milonga. Zatem postanowione! Łagodny spacer dla odpoczynku. Nie wiem, czy to podświadomość, czy tylko uśmiech od losu, bo celem tegoż spaceru dla odpoczywania miał być cmentarz Recoleta. Anna M. zwłaszcza chciała obejrzeć cmentarne miasto, pełne posągów i zabytkowych budowli. To musi być coś dla konserwatora zabytków, zupełnie jak dla nas markowy butki butów do tanga… 

Plan był następujący metrem (a raczej Subte) do stacji Retiro, stamtąd spacerkiem na cmentarz. W pobliżu były jeszcze muzea, które Anna M. chciała zobaczyć. Więc jak na spacer dla odpoczynku, plan znowu był dość ambitny, dodajmy do tego jeszcze nasze wyczucie odległości i nieomal zakończyłoby się tak samo. 7 godzin marszu, śmierć kliniczna moich stóp i jednoznaczny komunikat z zakończeń nerwowych moich stópek do centrum dowodzenia tą wspaniałą machiną –  do mojego umysłu – Milonga?! Zapomnij! No nie! Kolejny raz nie mogłam do tego dopuścić.

Było wczesne popołudnie kiedy ruszyłyśmy w drogę. Trzeba było tylko wsiąść do metra na właściwej stacji, udało się za drugim razem. Zdaje się pisałam o moim cudownie objawionym talencie wybierania kierunku przeciwnego do zamierzonego.

Podróż metrem minęła spokojnie i dość szybko. Wysiadłyśmy na peryferiach miasta, tu właśnie jest stacja Retiro i węzeł komunikacyjny łączący Capital Federal con Provincia de Buenos Aires. Rozejrzałyśmy się wokoło, trzeba było ustalić jakiś kierunek dalszej drogi. Zdaje się Anna M. zdecydowała: na prawo. Tak właśnie zrobiłyśmy. Pośród ceglastej ziemi, w małym parku ku górze piął się samotnie ratusz. Zaraz za nim była wystawa zdjęć. Niby nic, ot krajobraz prowincjonalnego wręcz miasteczka. Spokój i cisza, czas płynął wyjątkowo leniwie. Było po 15:00, więc słońce jeszcze dość mocno prażyło. Ludzie siedzieli na ławeczkach albo spacerowali w towarzystwie swoich czworonożnych pociech. Oczywiście głównie pudli, białych i przystrzyżonych na lato. Anna M. niedługo później miała powiedzieć, że Buenos Aires to miasto białych pudli. Są wszędzie. Naprawdę. Do tego, jak jeden mąż wystrzyżone na lato. Widzieliście kiedyś wystrzyżonego pudla? No cóż, nie zachwyca, ale jak się człowiek oswoi, to nawet zaczyna rozczulać.

 

 

 

Spokojnym krokiem mijałyśmy kolejne alejki, Anna M. w międzyczasie robiła zdjęcia, co zasadniczo łatwe nie było, ponieważ nawet w popołudniowym słońcu jest tak jasna poświata, że patrząc w niebo nie widać wiele. Chyba, że ma się dobre okulary przeciwsłoneczne, a ja nie miałam. Anna M. zdaje się też nie, zresztą przy robieniu zdjęć okulary na nie wiele się zdają. Tak sądzę. I oczywiście w Krakowie, okulary słoneczne to była jedyna rzecz z mojej garderoby, której ni chciałabym zapomnieć. Jedyna, o której myślałam. I choć okulary me są już mocno sfatygowane, to są najbardziej wiernym towarzyszem moich podróży. Jak się domyślcie, po tym przydługim wywodzie, okularów nie wzięłam. To była jedyna rzecz, o której zapomniałam. Anna M. poratowała mnie swoimi, ale cudze okulary, to nie to samo. A wiedząc o tym, jak ciężko wybrać mi nowy model (nie bez kozery moje są już tak sfatygowane), trwożyło się moje serce. Za chwilę problem miał się rozwiązać, niemalże samoistnie. Kupiłam nie jedne, a dwie pary okularów w stylu retro, rzecz jasna. Były tanie, i dobrze chroniły przed słońcem. Nie do wiary! A jednak.

Zanim jednak trafimy do sklepiku, a bardziej do kiosku w stylu naszego Kolportera, gdzie zakupiłam owe okulary, wróćmy na chwilę do parku przy retuszu. Wspominałam o bardzo spokojnej i leniwej aurze jaka tu panowała, nic dziwnego zatem, że poczułam się jak na przedmieściach, żeby nie powiedzieć na wiosce. Wystarczyło przejść kilkaset metrów dalej, żeby z prowincji na peryferiach miasta ponownie wyłoniła się miejska dżungla. Doszłyśmy tylko do ulicy, no u nas to by była pewnie autostrada. Na horyzoncie malowały się drapacze chmur, jakich wiele w tej części miasta. Tu właśnie będzie zaczynać się portowa część miasta, która w części Puerto Madero osiągnęła industrialny i nowoczesny charakter. Starch portów należałoby szukać w San Telmo, a nawet w La Boce, tam jednak nie pozwolono nam pójść. Robiłam przynajmniej trzykrotne podejście, żeby udać się na słynną Caminito w La Boce i za każdym razem słyszałam „Amelia, no! Es demaciado complicado ultimamente.” Ale o tym napiszę więcej później.

 

 

Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, jeszcze trochę oszołomione widokiem. W końcu do tej pory oglądałyśmy głównie jedno- piętrowe domy z przełomu wieków, no i może kilka bloków ze stosunkowo niedawnych czasów.  Nowe, a bardziej nowoczesne rozwiązania architektoniczne były jeszcze do naszej turystycznej przyszłości.
Szłyśmy chodnikiem, w cieniu budynków mieszkalnych. Po przeciwnej stronie towarzyszyła nam linia rzecznego nabrzeża, zdaje się, że był tam również jakiś park, ale że naszym celem był krótki spacer i równie krótka wizyta na Recolecie, nie zbaczałyśmy z drogi. W zasadzie cała ta droga chodnikami była zwyczajnie nudna. I nawet wakacyjny błogostan ustąpił na rzecz dziecinnego „długo jeszczeeee?”. No cóż, naprawdę nic się nie działo, no poza krótką ekscytacją związaną za zakupem okularów. O tak! Dla mnie to jest bardzo ekscytujące, zważywszy, że akurat okulary zasadniczo wyglądają kiepsko na moim zadartym nosku. Zupełnie tego nie rozumiem, bo to jedyna część garderoby, z którą mam taki problem.
Tak więc zobaczyłam stojak z okularami. Anna M. zauważyła go również i zagadnęła, czy nie chciałabym kupić okularów. Owszem chciałam, więc podjęłam temat. Przyjrzawszy się bliżej ulicznej ofercie dostrzegłam, że nie jedna para, a co najmniej dwie mnie interesują. No dobrze może trzy. Ale zasadniczo w dwóch wyglądałam całkiem nieźle, więc w swoim stylu (bez zbytniego namysłu) zdecydowałam o zakupie ku zadowoleniu moim i właścicielki stoiska. Ruchu to tam chyba dużego nie było, acz znaczenie mógł mieć fakt, że byłyśmy tam w godzinach sjesty.

Tutaj też, na tych właśnie chodnikach, po raz pierwszy tak dobitnie zetknęłyśmy się z biedą. Widok młodych mężczyzn, niby w sile wieku, a w kompletnym rozbiciu i nijakości. W ich oczach złość pomieszana z bezradnością. I nie wiem do dziś, czy to bieda, czy problem narkotykowy. W każdym razie instynktownie przyśpieszyłyśmy kroku, i nie wiem też czy z litości czy ze strachu. Może i jedno, i drugie…. Później jeszcze wielokrotnie miałyśmy zobaczyć brudne materace na ulicach, matki z dziećmi, a nawet całe rodziny na jednym materacu, gdzie zgromadzony był ich cały dobytek. Ubrania w stanie pozostawiającym wiele do życzenia i jakieś jedzenie, czasem nawet garnek, w którym zapewne to jedzenie przygotowują. Pytałam później znajomych Argentyńczyków, czy rzeczywiście tak trudno tu o pracę. Łatwo nie jest, fakt, ale coś się w tej sprawie zrobić da. Problem zasadniczo ma inne źródło, otóż do Buenos Aires przyjeżdża bardzo wiele osób (w tym wielu obcokrajowców z biedniejszych krajów Ameryki Południowej). Przyjeżdżają z nadzieją na lepszy los, często niestety bez pomysłu, co z tym losem zrobić. A że jest tu ciepło, można jakoś wegetować na ulicy, to często trwają w tym oczekiwaniu u nadziei, popadają równocześnie w letarg bezradności i beznadziei. Temat trudny i przykry. I nie wiem, kto tak naprawdę jest winny tej sytuacji. Jednostka czy społeczeństwo. Dodać jeszcze do tego fakt, że „żebranie” to jednak całkiem dochodowy zawód, robi się już całkiem nie zła zagwozdka socjologiczno – etyczno – socjalna.

Szłyśmy i szłyśmy. Już praktycznie pogodziłam się z myślą, że ten spacer nigdy się nieskończony, a jego przyjemność zastąpi natrętna myśl: „o matko, ile jeszcze….” No ale trzymałyśmy fason, w końcu byłyśmy na urlopie, a na urlopie człowiek dobrze się bawi, żeby nie wiem co. I w takich oto nastrojach zastała nas zmiana powierzchni terenu, otóż z nudnego betonowego płaskowyż wyłonił się pagórek, a zaraz za nim park, malutki, acz bardzo urokliwy (zwłaszcza, jeśli świeżo w pamięci ma się ciągnący się w nieskończoność beton). Przeszłyśmy wzgórze, po naszej prawej stronie, w głębi krajobrazu Anna M. dostrzegał dużych rozmiarów budynek, współczesnej architektury. W myślach oceniła sytuacje i zawyrokowała: „To musi być muzeum Bella Arte”, i tak rzeczywiście było. A dalej „cmentarz musi być już niedaleko”. O jakże cudownie zabrzmiało to zdanie, które w mig wyrwało mnie z dołującego letargu, ku nadziei, ku przygodzie…. Ożywione szłyśmy dalej. Dotarłyśmy do placu pośród drzew, z ziemią koloru rdzy. W głębi wciąż widniały mury muzeum „Bella Arte” (tam też pójdziemy, a jakże, to będzie dzień, kiedy chodziłam boso po boskim Buenos…). W samy środku stał pomnik, ale przyznam, nie wiem Kogo ani czego, acz nie omieszkałam poprosić Annę M. o zdjęcie na tle pomnika tego właśnie. Zresztą z jednego niewinnego zdjęcie zrobiła się tam „prawdziwa chwila dla reporterów”. Anna M. robiła zdjęcia, a ja plątałam się między drzewami, aż pod jednym z nich dostrzegłam ławkę. Alleluja! Chyba podświadomie uznałyśmy, że czas na odpoczynek przed dalszą drogą (w pamięci wciąż mamy ciągnące się kilometry betonu….). 

Z kolegą byłyśmy umówione około 20:00, gotowe do wyjścia oczywiście. A że miał być to wieczór pierwszego tanga, na toaletę trzeba było liczyć co najmniej 45 min. Co w moim przypadku zakrawa wręcz na burżujstwo, bo zwykle toaleta zajmuje mi około 15 min. Zbliżała się 16:00, więc zgodnie z mapą przewodnika ustaliłyśmy tor dalszej drogi na Recoletę, wystarczyło iść prosto przed siebie, ale nie. Na pierwszej prostej odbiłyśmy w prawo. Ot co!

Tak, jak sądziłyśmy, idąc wzdłuż muru doszłyśmy do bramy. Ta niestety była zamknięta. Nie dobrze. Idąc taki kawał drogi, tylko po to by pocałować klamkę, a raczej kłódkę. Chyba nikt tego nie lubi. Na szczęście urlop daję tą możliwość, jak nie dziś, to jutro…. Na szczęście Anna M. skojarzyła, że wejście cmentarne na zdjęciu w przewodniku wyglądało dużo bardziej okazale, niż wąska kuta brama, związana łańcuchem. I rzeczywiście, kilkadziesiąt metrów dalej znajdowało się wejście główne, a przednim kilkoro ludzi. Tak się zorientowałyśmy, że to tam muszą być główne wrota. Kiedy dotarłyśmy do głównego wejścia, właśnie zamykano barmy. Jak się okazało „Recoleta” to już nie tylko miejsce spoczynku, to chyba już bardziej muzeum. Muzeum zamykane o godz. 17:00, a że bardzo chciałyśmy je zobaczyć, nie pozostało nic innego, jak wrócić tu ponownie.
Zostało jeszcze trochę czasu, więc nie śpiesząc się, zajrzałyśmy do sklepu z pamiątkami. Raj dla moich oczu. Magnezy i reprodukcje plakatów z dawnych lat. Tango, Carlos Gardel i charakterystyczne, stylizowane zdobienia. Oprócz tych skarbów mate, koszulki i atrybuty sportowe. Wszystko, z czego słynie Argentyna. Zakopałam się między plakatami i oczami wyobraźni planowałam, gdzie je powieszę w klubie po powrocie. Co prawda tego dnia, jeszcze nic nie kupiłam, ale wiedziałam już, że tu waśnie jest cenna skarbnica pamiątkowych gadżetów. A to z kolei lubię ja, bardzo.

Skusiło nas wnętrze pasażu. Inne niż w Krakowie. Sklepiki poutykane były w niepozornych wnękach ciągnącego się tunelu. Lewą stronę tego kamiennego korytarza oświetlało południowe słońce, co tylko dodawało atrakcyjności tej zabudowie i pokusie jej zwiedzenia. Zresztą Anna M. tak właśnie lubi: zagubić się, zaplątać w korytarzach miejskich budowli. Sklepiki zasadniczo nie prezentowały na swych wystawach niczego szczególnie interesującego, nie było więc powodów by się zatrzymywać na dłużej. Poza tym czasu już też nie było dużo. Wyszłyśmy na skrzyżowaniu ulic, przed nami prężyła się inna budowla. Jak się okazało była to galeria handlowa, średnich rozmiarów (jak na to miasto)  z ciekawymi rozwiązaniami architektonicznymi. Przeszklony front z załamaniami na dachu, również ze szkła. Prosto z tej szklanej oazy wychodziły ruchome schody ku ziemi, a raczej ku naziemnym chodnikom. Galeria spodobała się i mnie, i Annie M. Został uwieczniona w pamięci cyfrowej aparatu i naszych wspomnień. Potem jeszcze zobaczymy ją co najmniej dwa, może trzy razy. I zawsze na mojej twarzy budziła uśmiech, tak jak uśmiechamy się na widok starego, dobrego przyjaciela.

Z planu miasta wyczytałyśmy, że aby dojść do cmentarza na skrzyżowaniu trzeba odbić w lewo i choć wydało nam się to mało prawdopodobne, tak właśnie zrobiłyśmy. Uliczka była wąska, niepozorna. Skoro jednak w głowach naszych nie pojawiła się żadna alternatywna, poszłyśmy za tym, co dyktował nam rzeczony plan miasta. Odległości były zaznaczone w dużym przybliżeniu, więc ponownie nastawiłyśmy się długie kilometry drogi, i teraz w dodatku miało być jeszcze pod górę. Na szczęście, tym razem droga nie miała być już ani tak długo, ani nudna.
Szłyśmy wzdłuż muru, który okazał się murem cmentarnym. Anna M. wypatrzyła fragmenty pomników cmentarnych wystające spoza tej biało – szarej ulicznej ściany. Nie wiedziałyśmy, z której strony było wejście, najlepszym wyjściem zatem było iść wzdłuż muru, nie tracąc z oczu fragmentów anielskich posągów. Spokojnym krokiem pokonywałyśmy kolejne metry miejskiego wzniesienia. Doszłyśmy do zabudowań, które wskazywały na centrum turystyczne. Były tam knajpki i sklepik z pamiątkami. Knajpki nie kusiły klimatem dawnego miasta, były raczej współcześnie modne, więc nie planowałyśmy tam zaglądać. Ale sklepik z pamiątkami, jeszcze pod nazwą „Tango”, tam z pewnością musiałam zajrzeć, choć na chwilę.

Cmentarz i sklep z pamiątkami, dwa punkty, do których zamierzałyśmy wrócić. Teraz jednak należało szykować się do powrotu. Trzeba było zlokalizować najbliższą stację Subte i drogę powrotną przebyć szybko, i w miarę wygodnie podziemnym pociągiem. Byliśmy umówieni na 20:00, a ja planowałam jeszcze choć na chwilę oddać się przyjemności sjesty w pokoiku nr 5. Przed nami był wieczór tanga, a następnego dnia przed południem miałyśmy opuścić nasz pokoik i na weekend zamieszkać w apartamencie w San Telmo.

Czas wracać. W drodze powrotnej trafiłyśmy na biuro informacji turystycznej, a w nim, jak przypuszczałam, na mapę miasta „z lepszą rozdzielczością”, że tak to ujmę. Wyposażone w nowe mapy, po krótkiej pogawędce w pracownikami biura (no przecież nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła choć kliku zdań, zwłaszcza jeśli po drugiej stronie są rozmówcy równie chętni do takiej wymiany) mogłyśmy wracać do naszego argentyńskiego domu. Tego dnia zobaczyłyśmy już dość, pomału zmęczenie dawało się we znaki, nie wykazywałyśmy już większego zainteresowania tym, co pokazywało nam Buenos. Czasem tylko Anna M. zrobiła jakieś zdjęcie. Wykorzystałam to żądając zdjęć w czerwonej budce. Zawsze chciałam taką mieć w domu. Marzenie z lat dziecięcych, współcześnie zweryfikowane przez warunki mieszkaniowe. Ale zdjęcie zmieści się w każdym M.

Dowlekłyśmy się (nazywając rzeczy po imieniu) około 19:00. Na szczęście okazało się, że umówiona godzina spotkania została przesunięta na 22:00, czyli po argentyńsku. Było więc trochę czasu i na toaletę i na drzemkę, a że do drzemki nie trzeba mnie przekonywać, pięć minut później byłam już w krainie mego wielbionego bóstwa, Morfeusza.

Ledwie przyłożyłam głowę do poduszki, a już budzik ponownie przywoływał do życia. Oj, ciężko było opuścić wygodne łóżko i gdyby nie to, że byłyśmy umówione, nie wiem czy opuściłam bym pokoik nr 5. tego wieczora. Nasze leniwe spacery okazywały się być kilkukilometrowymi wyprawami po miejskiej dżungli Buenos Aires. I chyba właśnie zaczynała do nas docierać świadomość, że nie bez powodu już pierwszego dnia zostałyśmy przeszkolone, jak korzystać z tutejszego z metra. Przyszła więc pora odłożyć przyzwyczajenia i na dobre zawrzeć pakt przyjaźnie z miejską komunikacją. To miało nastąpić już od jutra, a tym czasem zbliżała się 22:00. Czas wyjścia i pierwszej milongi w Buenos.

Nie wiedziałyśmy co nas czeka tej nocy, wiedziałam tylko, że już bardzo chciałabym zatańczyć, nie ważne za jaką cenę. Dosłownie i w przenośni….

Najpierw trafiłyśmy na otwarcie nowej milongi w miejscu, które przypominało mi młodzieżowe sloty. Jako że nie jest to mój klimat, nie wytrzymałam tam długo, ale fakt, tam zatańczyłam swoje pierwsze tango, a dokładnie pierwszą milongę. 

Przypuszczam, że było to mieszkanie zaadptowane na lokal, takie, jakich mnóstwo znajduje się na krakowskim Kazimierzu. W podobnej stylistyce przypadkowych mebli i znaidbanych ścian. Tuż przy wejściu był mini barek, gdzie zaopatrzyliśmy się w trunki. Wybrałam piwo w puszce z braku lepszych możliwości. Oj, dawno to już nie mój klimat. Atmosfera była luźna i przyjemna, jednak fakt, że nie było zbyt wielu stolików i krzeseł, gdzie można by usiąść zniechęcał mnie bardzo. W śródku, w tym małym labiryncie korytarzy i pokoików był również pokoik do tańca. Myślę, że miał nie więcej niż 22 – 24 metry kwadratowe powierzchni. Była tam drewniana podłoga, nagłośnienie i stolik dla Dj-a. Tu tutaj tańczyli tango. Do pokoiku prowadziły dwie pary przeszklonych drzwi, przez które można było obserwować rozwój wydarzeń. Jedne drzwi wychodziły z korytarzyku, w którym się właśnie znajdowałyśmy, drugie na kształt maleńkiego foyer, gdzie można było usiąść, zmienić buty, nawiązać rozmowę czy zainicjować cabaceo. Onieśmielało mnie dość to miejsce, byli tam głównie znajomi, więc nie zdecydowałam się, żeby tam wejść. Znajomy, wiedząc, że bardzo chciałam tańczyć, nakłaniał mnie, żebym weszła do pokoiku z drewnianą podłogą, bo tak dam wyraźny sygnał, że chcę tańczyć. Niestety na to też się onieśmieliłam. Mężczyźni nas obserwowali, to znaczy mnie i Anne M., ale póki co żaden nie ośmielił się na ruch. Co prawda nie zmieniłam butów, chyba podświadomie nie wierzyłam, że coś tu może się wydarzyć. I kiedy praktycznie już traciłam nadzieję na jakikolwiek taniec w tym miejscu, do tańca zaprosił mnie młody mężczyzna. Ubrany w codzienną garderobą, chyba nawet w sportowych butach. Podjęłam cabceo i ruszyłam na parkiet. Grali milongę. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale dźwięk milongi robił swoje. Ułożyłam się w bliskim objęciu mojego partnera i ruszyliśmy w rytm milongi. Rytmicznie, płynnie i charakternie. Tak tańczył ów Pan. Cudownie. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy przez całą tandę…. Tego właśnie było mi trzeba! Nie wiem, jak miał na imię, ani czym się zajmował. To nie było ważne. Ważna była tylko harmonia w tańcu. Ważne, żeby to było miłe i przyjemne dla dwojga. Nic więcej nie było ważne. I trochę o to chodzi w tangu, żeby spotkać się na chwię w objęciu i dobrze się ze sobą bawić lub czuć. Kilka dnie później miałam usłyszeć od jednego doświadczonego milonguero, że mają w zawyczają mawiać „daj mi sowje abrazo, a powiem Ci, jakie miałaś życie”. I coś w tym jest…

Milongi były bardzo przyjemne, ale wiedziałam też, że już wiele więcej w tym miejscu mnie nie spotka. Czasem jest też tak, że tańczy się taką tandę, że ma się tą pewność, że lepszej nie już nie będzie. I własnie to przekonanie zawładnęło moim sercem i umysłem. A że była to pierwsza tanda tego wieczoru, no cóż, nie pozostawało nic innego, jak zmienić lokal… Odnalazłyśmy znajomego pośród jego znajomych, chcąc pertraktować w sprawie zmiany miejsca. Chciał jeszcze zostać wśród przyjaciół, ale uległ i ruszyliśmy w dalszą drogę śladem tanga i milongi…

Następny przystanek „La Catedral„, klub, w której również odbywały się milongi, kilka cuadras dalej. Było około północy. Znajomy wywiedział się, jaki jest program wieczoru. Grali właśnie koncert, wstęp nie był najtańszy. Koncert miał trwać jeszcze nie dłużej niż pół godziny, zatem zdecydowaliśmy pójść dalej. Kierunek „La Viruta”, najsłynniejsza milonga świata.

Ten dystans już nie był tak krótki, wzięliśmy taksówkę i kilkanaście minut później byliśmy już w Palermo. Faktycznie taksówki są tu dość tanie. Jako że była to nasza pierwsza wizyta w tej dzielnicy, noc była spokojna i gorąca. przed wejściem na milongę, znajomy zaproponował spacer, żeby pokazać nam urok tej dzielnicy. I rzeczywiście, była to spokojna i zadbana dzielnica. W tej części pełna urokliwych knajpek w przeróżnych stylach. Jedno co było im wspólne to charakterystyczne oświetlenie w postaci łańcuchów z żarówek na wysokości sufitu. To sygnał, że „otwarte, zapraszamy”. Ulegliśmy z chęcią i wstąpiliśmy do jednej z takich ulicznych knajp. Orzeźwiające piwo i przyjazna pogawędka. Nim się spostrzegliśmy minęło godzina. Czas na Virutę!

Spacerowym krokiem wróciliśmy na ulicę Armenia. To tu znajduje się najpłynniejszy współcześnie klub tanga. Na płycie chodnikowej wyryte „ocho pasos”. Przed wejściem młodzi mężczyźni niej lub bardziej tocząca się konwersację. Przy wejściu był portier, który miło się z nami przywitał. Do samego klubu należało zejść od podziemi. Tuż przed wejściem było miejsce dla kolejnego portiera, tego już nie było. Przyszliśmy między pierwszą drugą w nocy. Jest taki zwyczaj, że od pewnej godziny już nie płaci się wstępu i jak się pewnie domyślacie wpływa to na frekwencję milongueros.

Weszliśmy do środka. Ciemna, ceramiczna posadzka, połyskująca w świetle reflektorów. Ciemne ściany. Tuż przy wejściu znajdowała się scena, klika schodków niżej „la pista”,  a na końcu, na przeciwko sceny usytuowany był bar. Dookoła przestrzeni do tańca zgodnie ze zwyczajem milong znajdowały się stoliki i krzesła. Każdy stolik przykryty bordowym obrusem, i nie mal na każdym z nich widniał napis: Rezerwacja. Sala nie była pełna, a pisząc wprost była bardziej pustawa. Słychać tango, zdaje się że dj-em tej nocy był sam Horacio Godoy, właściciel tego miejsca. Kiedy weszliśmy Maestro własnie tańczył tango. Elegancki, w czerni.

Chcieliśmy usiąść przy stoliku i jakież było nasze zdziwienie, że mimo pustawej sali, mieliśmy dużą trudność ze znalezieniem wolnego stolika. Praktycznie na każdym leżała kartka z napisem Rezerwacja. Znajomy uświadomił nas, że większość tubylców zjawi się około 3 nad ranem. Tak się jednak nie stało, akurat tego wieczoru. Ale jeszcze będzie mi dane zatańczyć na zatłoczonym klubie Viruta i w dodatku do muzyki na żywo.

Wypatrzyłam w końcu wolny stolik, usiedliśmy. Zmieniłam buty. W końcu mogłam założyć mój srebrzysto złoty bucik. Leżał idealnie, acz stopy me zdążyły już odzwyczaić się od obcasów. Usiedliśmy wygodnie, toczyliśmy luźną konwersację o tangu i o Argentynie. Nie powiem bardzo przyjemną i ciekawą. Ale nie na to czekałam tej nocy. Minęło przeszło pół godziny i nadal nic się nie działo. Nie napływali nowi goście, więc po raz drugi tej nocy zaczęłam tracić nadzieję. Przynajmniej na pocieszenie zjedliśmy pyszne empanadas popijając je równie pysznym piwem. Mniam.

Nasz znajomy chyba zauważył mój „lekko” zawiedziony wyraz twarzy, bo w pewnej chwili powiedział: „idę się przejść, bo nigdy nie zatańczysz”. Uprzejmie podziękowałam, ale nie byłam przekonana, że to coś wniesie do sprawy. Nie minęły dwie minuty, kiedy okrężną drogą,  z impetem podszedł do mnie młody mężczyzna, Argentyńczyk i zapytał: bailas? I jest coś w tym, o czym kiedyś w klubie opowiadała nam Malena Veltri. Kod Cabaceo zaczyna się już kiedy wychodzisz z domu, zasadniczo w momencie, w którym podejmujesz decyzje czy idziesz solo czy w towarzystwie. Później raz jeszcze byłam na milondze w towarzystwie mężczyzny, i wtedy również Panowie przyglądali mi się, a i owszem, ale żaden nie odważył poprosić się mnie do tańca. Wtedy też mój partner zdradził mi sekret, jak to zrobić, żeby całą noc nie schodzić z parkietu.

Młody mężczyzna, który patrzył na mnie wyczekująco ubrany był w jeansy i biało-błękitny podkoszulek, w oczy rzuciły mi się jego białe buty do tanga. Ten szczegół miał niedługo później okazać się bardzo istotnym, ale jeszcze nie tej nocy. Odpowiedziałam na cabeceo i ruszyliśmy na „parkiet”. Zaczęliśmy tańczyć. Pierwsze tango poznawaliśmy swój taniec nawzajem, w drugim już było wygodnie i przyjemnie, a w trzecim zaczęliśmy szaleć. Tańczyło się świetnie, lekko i charakternie. Mój partner był bardzo umuzykalniony, więc prostymi krokami mogliśmy się bawić całe tango. Ale oczywiści pojawiły się i sacady, i gancho, choć przyznam, że później już ich nie zatańczyłam. Być może dlatego, że tylko tu było tak dużo miejsca, że kolega Tanguero bez obaw mógł pozwolić sobie na ich poprowadzenie. Przetańczyliśmy przynajmniej osiem tang. Zdaje się, że nie grali cortin, więc nie było oficjalnego znaku, żeby zakończyć wspólny taniec. Dwa, trzy tanga później podziękowałam za taniec. Po pierwsze miałam świadomość, że moi kompanii nie tańczą, więc może ich dopadać już nuda i zmęczenie, po drugie ponownie zaczynałam dotykać poczucia „wytańczyłam się na dziś”. 

Wyszliśmy z klubu dobrze po 3 nad ranem i nie było by w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że miałyśmy już kilkanaście kilometrów spaceru za sobą tego dnia, a nazajutrz skoro „świt” trzeba było opuścić pokoik nr 5. Następnego dnia bowiem, przeprowadzałyśmy się do dzielnicy San Telmo.

 

Ten dzień miał nam upłynąć pod hasłem „Kierunek San Telmo”. Ja o tej dzielnicy w zasadzie nie wiedziałam nic, lubię poznawać miejsca, dopiero, kiedy się w nich znajduję. Na szczęście Anna M. była przygotowana na podstawie wspominanego już przewodnika. Dzięki temu mogłyśmy zobaczyć, to co Inni polecają, jako warte zobaczenia.

Przeczytałam później na stronach portali podróżniczych następujące wpisy o dzielnicy San Telmo:  (…) „O tej części Buenos Aires rozmawialiśmy najczęściej przed przyjazdem do Argentyny. Była ważna dla nas z wielu względów, po pierwsze tangowych. To, poza La Bocą, miejsce, które historycznie odegrało najważniejszą rolę w kształtowaniu się tego tańca. Po drugie – to tu najwyraźniej widać pozostałości dawnej architektury. I najbardziej ma przypominać dawne portowe Buenos, które później stało się dzisiejszym miastem monstrualnych rozmiarów. (…)” z portalu Podróżniccy. I drugi z portalu Airbnb: (…) „Pomimo swojego wieku, San Telmo sprawia wrażenie ponadczasowego. Będące od 1536 roku terenem hiszpańskiego osadnictwa w Ameryce Południowej, San Telmo przeżyło rewolucje, epidemie, projekty rewitalizacji i masowe protesty. Od tego czasu jej charakter upiększa centrum Buenos Aires. Polowanie na antyki, obcowanie ze sztuką, tańczenie tanga i kosztowanie ulicznego jedzenia – wszystko to składa się na niezapomniane wrażenia z najlepszych wiekowych kolonialnych ścieżek i brukowanych deptaków Buenos Aires (…)”. Czemu przytaczam tu te treści?, otóż San Telmo to ważna dzielnica w Buenos Aires, w moim przekonaniu bardziej jednak ze względu na mentalność i tęsknotę za dawnym czasem, niż realny wpływ na współczesny charakter miasta. To dzielnica bohemy i „staroci”, coś na kształt krakowskiego Kazimierza. Z pewnością trafi tu każdy turysta, a już na pewno ten, który lubuje się w tangu. Czy równie chętnie zachądzą tu mieszkańcy miasta? Nie wiem…

Polubiłam San Telmo i w zasadzie spędzałyśmy tam każdą niedzielę, ale jak dla mnie, to nie tam toczy się współczesne tango, bo ten temat interesował mnie będzie najbardziej, ale o tym później. Tymczasem kierunek San Telmo!

Do 10:00 miałyśmy opuścić nasz pokoik nr 5. Nie było by żadnego problemu, gdyby nie fakt, że wcześniejszy dzień i jeszcze trwająca noc obfitowała w taką moc doznań i wrażeń, że ciało domagało się snu, a już na pewno nie kolejnych wrażeń. Musiałam użyć niezłych zabiegów na moim umyślę, żeby przekonać go do pionizowania pozostałych mych członków. W końcu nie raz było już tak, że ciału się nie chciało, nawet duszy się nie chciało. Szłam gdzieś przymuszona ostatkami woli, które nakłaniały do wypełnienia danego słowa i często później bywało tak, że i ciało, i dusza woli tej wdzięczność okazywało. Bo zmęczenie szybko mija i idzie w niepamięć, a to co w pamięci tej pozostaje na lata i wielokrotnie później kładzie się uśmiechem na twarzy, to właśnie ta moc doznań i wrażeń. Tak więc po około piętnastominutowej pertraktacji woli, ciała i umysły, wolno zwlekłam się z łóżka. Trzeba było zażyć rannej kąpieli i spakować bagaż, który już zaczynał przyrastać od dnia przyjazdu. Na szczęście część bagażu mogłyśmy zostawić w hostelu i zabrać tylko, to co uznałyśmy niezbędne na najbliższe 3 dni. I rzeczywiście jest tak, że konieczność zmiany lokum chroni człowieka przed tzw. zasiedzeniem i idącym za tym rozleniwieniem.

Tuż przed 10:00 wystawiłyśmy bagaż przed drzwi pokoiku nr 5. W wynajętym na weekend apartamencie miałyśmy się pojawić około południa. Był więc jeszcze czas na śniadanie i leniwą kawę, a nawet na krótkie czynności zawodowe zwane copywritingiem.

Po 11:00 pożegnałyśmy się z mieszkańcami hostelu i ruszyłyśmy w drogę. To miała być podróż metrem, nawet z jedną przesiadką. Na ten moment było to nie lada ekscytujące wyzwanie. Poszło nadzwyczaj sprawnie i już po niespełna pół godziny byłyśmy w dzielnicy San Telmo, przy Av. Indenpendiencia. To doświadczenie miało nam później przysporzyć nie lada stracha. No cóż, to że raz przejedziesz miasto w 20 min. nie znaczy, że tak będzie zawsze. Miałyśmy się o tym dobitnie przekonać w podróży do Montevideo.

Korzystając z mojej ulubionej aplikacji „zapytaj lokalsa”, wywiedziałyśmy się jak dotrzeć pod adres apartamentu, mianowicie na ulicę Carlosa Calvo. Miałam zawiadomić właścicielkę, kiedy będziemy na miejscu. Tylko jak to sprawnie zrobić, kiedy internetu brak, a minuta połączenia to koszt około 10 PLN. Rozejrzałam się wokoło, na przeciwko znajdowała się chińska knajpka standardu mocno przeciętnego. Chińskie jedzenie na wagę dopiero miałyśmy odkryć. W każdym razie uznałam, że będą tam mieć Wi-Fi. Sukces! Co prawda musiałam tłumaczyć trzem osobom po kolei, na czym polega kłopot, począwszy od damy w średnim wieku, przez młoda dziewczyna, na młodzieńcu leniwie siedzącym za ladą skończywszy. Podziękowałam za pomoc, a nową zdobytą „aplikację dostępu” zanotowałam w pamięci. Później jeszcze kilka razy Wi-Fi miejscowych knajpek uratuje nam skórę.

Pół godziny później byłyśmy już w apartamencie, choć bardziej było to mieszkanie po babci. Zachwyciły nas kolory i klimat tego miejsca, starocie w iście oldschoolowym stylu. Do mieszkania wchodziło się przez wysoki i ciemny korytarz, potem przez wąskie i jasne patio, na którym pełno było mniej lub bardziej zadbanych roślin, potem klatka schodowa i właściwe drzwi do mieszkania, które ostatecznie składało się z dwóch mieszkań. Dlaczego tako? To miała wydedukować Anna M. pod koniec naszego pobytu w tej dzielnicy.

Tymczasem zostałyśmy same i mogłyśmy na spokojnie nacieszyć się wolnością chwilowego „bycia na swoim”. Pobieżnie rozpakowałyśmy rzeczy i zeszłyśmy na dół po złocisty napój. Po pierwsze było gorąco i bardzo chciało nam się już pić, po drugie trzeba było uczcić pomyślny przebieg przeprowadzki. Tuż obok kamienic był sklep, potocznie zwany chińczykiem. Dlaczego?

 

Po raz pierwszy spotkałam się z określeniem „u Chino” w Andaluzji, rzeczywiście były to albo małe sklepiki osiedlowe lub minimarkety wielobranżowe, prowadzone właśnie przez Chińczyków. Podobnie rzecz ma się w Buenos Aires. Duże supermarkety, które znamy z europejskich galerii handlowych, tutaj są raczej rzadko spotykane. Codzienne zakupy robi się w sklepach branżowych, że tak to ujmę. Chleb kupuje się w piekarni, warzywa w warzywniaku albo na targu, kosmetyki w drogerii. Coś na kształt naszych delikatesów vel supermarketów to właśnie „Chino”. Najczęściej są to zaadoptowane garaże na sklepy z ustawionymi regałami, na których widnieje towar wielobranżowy. Niestety po dziś dzień nie wiem na czym polega fenomen sieci Chino. W niemal każdym „u Chino” pracuje familia Chino.

Wracając do naszej historii, w pobliskim Chino zaopatrzyłyśmy się w cerveza de un litro i pojedyncze produkty spożywcze, które mogły nam się przydać przez najbliższe dni. Tu tuż wypatrzyłam pyszną przekąskę do piwa, które po raz pierwszy smakowałam zdaję się w La Virucie właśnie. Przekąska ta, to coś w rodzaju naszych paluszków i mini krakersów razem, ma kształt małego paluszka, w smaku bardziej przypomina słone krakersy. Pycha! Oczywiście zakupiłam stosowne ilości i tak mogłyśmy powrócić na pięterko, i delektować się smakiem sukcesu i wolności. Byłyśmy dość zmęczone, więc nie trzeba było długo czekać na skutki złocistych bąbelków. Był czas siesty, a jak już mnie znacie, dwa razy powtarzać mi nie trzeba. Udałam się do sypialni na spoczynek, Anna M. miała dołączyć chwilę później. Zdaje się, że jako pilot wycieczki chciała jeszcze przepatrzeć plan na najbliższe dni, i chwała jej za to!

Obudziłyśmy się późnym popołudniem, leniwie zbierała nas chęć na niezobowiązujący spacer po okolicy (o ile to w ogóle możliwe w naszym przypadku) oraz co tu dużo mówić, przynaglał nas głód do podjęcia jakich działań kulinarno – konsumcyjnych.  Ponieważ lenistwo brało górę, zatem decyzja zapadła: krótki spacer i kolacje „na mieście”. a od jutro miało się zacząć buszowanie na dzielnicy na poważnie. 

 

Mniej więcej wiedziałyśmy, w którym kierunku mamy iść. Teraz jednak starałam zapamiętać nazwy ulic, te najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Nie powiem, wybrałyśmy drogę na północ i około 20:00 niestety uliczne knajpki nie sypały się jedna za drugą. Dotarłyśmy do głównej ulicy, jak się później miało okazać do Av. de Mayo. Teraz to nie miało szczególnego znaczenia.

W każdym razie była tam otwarta knajpa w starym stylu oczywiście, wystrojem przypominałam mi te z andaluzyjskiej Granady. Drewniane obicia ścian, duży masywny bar, za nim przeszklona ściana. Na ścianach reprodukcje plakatów z corridy i tablao flamenco. Patrząc na te reprodukcje naszła mnie chęć na flamenco, i że kiedyś pół żartem pół serio zarzucono mi, że w Granadzie chadzam na tango, to uznałam, że teraz w Buenos Aires pójdę na flamenco. Annie M. pomysł się spodobał. Postanowione!

Za barem stał mężczyzna w wieku mocno dojrzałym, dobrze zbudowany, zwłaszcza na odcinku brzucha. Patrzył na nas ni to znużony ni oburzony, a na pewno obojętny. Chyba jeszcze pamiętał czasy kiedy kobiety same  nie szwendały się po knajpach. My akurat bardzo lubimy się szwendać, więc musiał to jakoś znieść.

 

Podszedł do nas Camareo w równie dojrzałym wieku, mniej solidnej budowy i znacznie bardziej zadowolony z naszej wizyty. Zamówiłyśmy złocisty napój de un litro ( a jakże by inaczej) oraz pizzę. Czas oczekiwania na zamówienie był krótszy niż założyłyśmy i po kilkunastu minutach Camarero wniósł gorącą, pachnącą pizze. Podał ją z iście wykwintnymi manierami. Tu warto wspomnieć, że profesja Camarero – kelnera, to zawód na długie lata. Od niego wymaga się znajomości klientów i ich upodobań, to zasadniczo Camarero odpowiada za tłumy przy barze. U nas niestety jest to często przejściowe zajęcie studentów, którzy nie przywiązują zbytniej wagi do jakości wykonywanych usług. Kelner wykwintnych manier to u nas rzadkość (niestety), tam, w Buenos i pozostałych krajach południa (w Hiszpanii jest podobnie) to reguła.

Najedzone, w dobrych humorach i z etykietą Stella Astrois, która niedługo zawiśnie w klubowym barze, wyszłyśmy z knajpki. Słońce już zaszło. Noc była ciepła i mniej duszna niż Villa Crespo. Teraz byłyśmy bliżej Río de la Palata. Anna M. chciała zobaczyć słynny obelisk nocą (za dnia widziałyśmy go już pierwszego dnia). Zbudowano go na uczczenie czterechsetnej rocznicy osiedlenia Hiszpanów w tym rejonie Río de la Plata, kształt ołówka uzyskał na znak pamięci o Nocy ołówków  . Obelisk, tak jakby był świadom swojej doniosłej dla miasta roli, pyszni się swą wysokością nad całym Buenos, i mimo, że to w sumie tylko słup, mogłabym na niego patrzeć godzinami, zwłaszcza nocą, skąpanego w światłach reflektorów. 

Ulice wokół El Obelisco tętniły życiem. Mimo gwaru ulicznego w powietrzu unosił się spokój i błogostan. Acz biorę poprawkę, że tak mógł zadziałać dopiero co skonsumowany posiłek i złoty napój i fakt, że byłyśmy nie mal na początku wakacji. Nasycone widokiem nocnego życie uznałyśmy, że czas wracać, zwłaszcza, że znając już nasze wyczucie odległości, obwiałyśmy się, że droga powrotna wcale nie będzie taka krótka.

Wracając oglądałyśmy wystawy sklepów, które w niczym nie przypominają tych europejskich. Ot wystawa zwyczajnie pokazuje wnętrze sklepu albo rodzaj usługi. W nowszej części miasta, przy Av. Corrientes wystawy prezentują się po europejsku, tu jednak sklep z butami pokazywał buty, a pracownia oprawy obrazów – ramy. I co ciekawe w trakcie tej nocnej podróży, jak gdyby nigdy nic wyłoniła się przed nami witryna sklepu Flabella – butów do tanga. Następnego dnia tam wrócimy. Byłyśmy zadowolone, że przynajmniej jednej punkt z jutrzejszego planu dnia „znalazł się” sam, a do tego w całkiem miłym towarzystwie trzech innych sklepów z butami do tanga. Tym wrażeniem zakończył się nasz czwarty dzień w Buenos Aires, a pierwszy w dzielnicy Santelmo. Dobranoc!

Dzień dobry!

Obudziłyśmy się dość wcześnie. Prawdę mówiąc wcale nie spałam dobrze tej nocy, dla mnie miało to związek z naszą sypialnią. Anna M. uznała, że przesadzam, więc nie drążyłyśmy tematu. Ostatecznie może i dobrze się stało, bo sprawnie zjadłyśmy śniadanie, którego przygotowanie okazało się bardziej skomplikowane niż sądziłyśmy z powodu braku garnków. Ot co! No ale przynajmniej kawę było w czym zrobić. Anna M. już od co najmniej dwóch dni piła yerba mate, ja też chciałam się przestawić. Cóż, nie złożyło się póki co, aczkolwiek w yerba lubuję się bardzo.

Mam w zwyczaju celebrować rytuał picia kawy, zwłaszcza kawy porannej. Tutaj mogłam zrobić to na tarasie w promieniach słońca. Cudowne! Anna M. co prawda pośpieszała mnie co nie co, bo była już żądna buszowania po okolicy, ale rytuał ów i tak zaliczyłabym do udanych. Sprawnie zebrałyśmy się do wyjścia i już po 10:00 rano mogłyśmy zapuścić nura w uliczki San Telmo.

Spacerowym krokiem przemierzałyśmy kolejne ulice w sposób dość przypadkowy, przynajmniej na początku. W planach miałam ja, a więc siłą rzeczy i Anna M. udać się do sklepów z butami znajdującymi się w tej okolicy. Chciałam też zobaczyć co w świecie tanga ma do zaoferowania dzielnica San Telmo, w końcu tu wszyscy doszukują się tej fascynującej kultury de los Porteños.

Mijałyśmy kolejne uliczki zachwycając się architekturą. Wyraźnie widać tu było historię. San Telmo jest dzielnicą położoną w bezpośrednim sąsiedztwie Río de la plata, stąd pierwsi mieszkańcy osiedlali się właśnie tu, w dzielnicy portowej, i stąd nazywa się ich los Porteños. W początkach swej historii była to dzielnica zamożnych Panów, co po dziś dzień widać w architekturze, zwłaszcza w misternych zdobieniach kamieniczek. Dominują balkony francuskie, okiennice i tarasy. Tu tuż miałyśmy zobaczyć zabytkowy obiekt Conventillo, czyli typowej zabudowy z XVIII wieku, ale to jeszcze nie dzisiaj.

Epidemia Dżumy zdziesiątkowała mieszkańców dzielnicy, a ci którzy chcieli uciec przed chorobą migrowali w głąb lądu. Dzisiaj znamy medyczne przyczyny epidemii, wtedy natomiast, w czasach zabobonów łatwiej było wierzyć w złego ducha, który opanował tą część miasta. Nic dziwnego, że nikt nie chciał tu mieszkać, nikt Kto mógł sobie pozwolić na opuszczenie domostwa i zakup nowego, w innej, bezpiecznej lokalizacji. Opuszczone domostwa nie zostały puste na wieki, jak się domyślacie. Stopniowo zasiedlali je najbiedniejsi imigranci, a reprezentatywnym Convetillos dzielona na mniejsze mieszkania, a nawet klitki, w których zamieszkiwały całe rodziny. W jednym z takich mieszkanek, teraz mieszkałyśmy my. Jak to wygląda po przeszło 100 latach? O tym później. To co wyraźnie rzucało się w oczy to bieda, obdrapane ściany, zaniedbane budynki, i stosunkowo wiele opuszczonych, choć dziś nazywa się je „na sprzedaż”. Spuściznę bogatej dzielnicy przejęło Puerto de Madera, to tam skupia się luksus współczesnego Buenos. San Telmo i sąsiednia La Boca dzierżą spuściznę historyczno – kulturową. To tu najchętniej zachodzą turyści. Co o tym myślą sami mieszkańcy? Cóż, o tym też spróbuję napisać później.

Tymczasem mijałyśmy kolejne uliczki w światłocieniach południowego słońca Buenos Aires. Znowu smak wakacyjnego lenistwa. Cudowne! Miałyśmy czas na oglądanie ściennego malarstwa ulicznego. Tutaj więcej jest malunków niż typowego graffiti, i więcej też motywów tangowych. idąc spacerowym krokiem to trafiłyśmy na sklep „Mafaldy”, to na szewca drzemiącego przed swoim warsztatem. Znudzenie czy taki styl życia? Do dziś nie wiem, ale po raz kolejny miałyśmy doświadczyć, że czas tu płynie inaczej, spokojniej…

Niezobowiązujący spacer zaprowadził nas wreszcie na róg ulicy, to tutaj zaczynała się dzielnica „viejo tango porteño”. Jako pierwszy naszym oczom ukazał się bar „La cumpracita” na rogu ulic Chile y Balcarce. I choć śladów „La cumparcity” chciałam szukać dopiero w Mintevideo, muszę przyznać, że zastany wystrój godnie spełniał oczekiwania płynące z nazwy najsłynniejszego (chyba) tanga na świecie. 

Było otwarte. Weszłyśmy do środka, tam dwóch mężczyzn w mocno średnim wieku. Poprawiali coś w barze. Konkretni jeden z nich coś poprawiał, drugi stał za barem. Lekko zdziwieni naszym widokiem, w końcu o tej porze nikt nie zagląda do baru, ale spoglądając na nas uważnie, spostrzegli, żeśmy nie stąd. I nawet wydaje mi się, że przez chwilę na twarzy barmana pojawił się grymas „aaa turystki”. Bardzo uprzejmie powiedzieli nam, że teraz bar jest jeszcze nie czynny, ale zapraszają nas wieczorem na Tango Show, z muzyką na żywo i pokazem tanga oczywiście. Podziękowałyśmy z zaproszenie, byłam zdecydowana z niego skorzystać wieczorem, teraz jeszcze nie miałam świadomości jaka będzie cena tej przyjemności. Dla mnie to nie było aż tak ważne, zapłaciłabym każde pieniądze, żeby przeżyć to choć raz ( i uwaga! rzeczywiście przeżyję to tylko raz!). Jednak Anna M. to co innego, ona nie była zagorzałym fanem tanga, zwłaszcza tanga starego stylu… Ten problem miał nas wziąć w ogień krzyżowy dopiero późnym wieczorem. Tymczasem miałyśmy zgoda na zrobienie kilku zdjęć, skrzętnie skorzystałyśmy z okazji, i po chwili ponownie stałyśmy w promieniach słońca na Av. Chile. Tu był czas na krótki rekonesans w której części San Telmo jesteśmy, i gdzie chcemy iść dalej.

Tak wyglądał lokal „La Cumparcita” za dnia. Mnie zachwycił klimatem, to pewnie za sprawą starych zdjęć, do których mam szczególną słabość. Tu widać odsłonięte okna, przez które leniwie wlewa się światło dnia. Inaczej miało być nocą, zasłony będą szczelnie zasłonięte, a ukrytą pośród ulicznych tłumów „La Caumparsite” zdradzać miał dźwięk kobiecego śpiewu w tonacji tanga. To jednak miało dopiero nastąpić, a tym czasem zdecydowałyśmy udać się na calle Bolivar, która miała stać się moją ulubioną. To tam, ukryty za solidnymi drewnianymi drzwiami krył się butik „Raquel. Tango Shoes”. Otworzy nam piękna i elegancka kobieta w średnim wieku. To wydarzy się już za kilka godzin…

+ Czwartek, 1 lutego

Obudziłam się z przekonaniem, że dzisiaj to już musi być ten dzień, dzień pierwszej milongi. Nie może być, że jest tu już czwarty dzień i ani nie o tarłam się o parkiet do tańca. Tak się złożyło, że nasz kolega tego dnia, a raczej wieczoru mógł nam towarzyszyć. Więc to na pewno będzie dziś. Dzisiaj zatańczę swoje pierwsze tango w boskim Buenos…

Do wieczora, zaznaczmy, że argentyńskiego wieczora, czyli przynajmniej do godziny 22:00, kiedy to wychodzi się w miasto (lub na miasto, jak kto woli) było jeszcze sporo czasu. Anna M. od rana studiowała plan miasta, dziś miał być też pierwszy dzień zamierzonego, wakacyjnego „szwendania się” po mieście. Obejrzałam stan moich nóg, było całkiem nieźle. Wróciły do swoich pierwotnych rozmiarów, no przynajmniej z tych sprzed podróży. Asfaltówka też wycofała się na peryferie moich łydek, zatem można był używać ich (nóg) nadal. Ale, ale, oszczędnie, bo najważniejszym punktem tego dnia miała być przecież milonga. Zatem postanowione! Łagodny spacer dla odpoczynku. Nie wiem, czy to podświadomość, czy tylko uśmiech od losu, bo celem tegoż spaceru dla odpoczywania miał być cmentarz Recoleta. Anna M. zwłaszcza chciała obejrzeć cmentarne miasto, pełne posągów i zabytkowych budowli. To musi być coś dla konserwatora zabytków, zupełnie jak dla nas markowy butki butów do tanga… 

Plan był następujący metrem (a raczej Subte) do stacji Retiro, stamtąd spacerkiem na cmentarz. W pobliżu były jeszcze muzea, które Anna M. chciała zobaczyć. Więc jak na spacer dla odpoczynku, plan znowu był dość ambitny, dodajmy do tego jeszcze nasze wyczucie odległości i nieomal zakończyłoby się tak samo. 7 godzin marszu, śmierć kliniczna moich stóp i jednoznaczny komunikat z zakończeń nerwowych moich stópek do centrum dowodzenia tą wspaniałą machiną –  do mojego umysłu – Milonga?! Zapomnij! No nie! Kolejny raz nie mogłam do tego dopuścić.

Było wczesne popołudnie kiedy ruszyłyśmy w drogę. Trzeba było tylko wsiąść do metra na właściwej stacji, udało się za drugim razem. Zdaje się pisałam o moim cudownie objawionym talencie wybierania kierunku przeciwnego do zamierzonego.

Podróż metrem minęła spokojnie i dość szybko. Wysiadłyśmy na peryferiach miasta, tu właśnie jest stacja Retiro i węzeł komunikacyjny łączący Capital Federal con Provincia de Buenos Aires. Rozejrzałyśmy się wokoło, trzeba było ustalić jakiś kierunek dalszej drogi. Zdaje się Anna M. zdecydowała: na prawo. Tak właśnie zrobiłyśmy. Pośród ceglastej ziemi, w małym parku ku górze piął się samotnie ratusz. Zaraz za nim była wystawa zdjęć. Niby nic, ot krajobraz prowincjonalnego wręcz miasteczka. Spokój i cisza, czas płynął wyjątkowo leniwie. Było po 15:00, więc słońce jeszcze dość mocno prażyło. Ludzie siedzieli na ławeczkach albo spacerowali w towarzystwie swoich czworonożnych pociech. Oczywiście głównie pudli, białych i przystrzyżonych na lato. Anna M. niedługo później miała powiedzieć, że Buenos Aires to miasto białych pudli. Są wszędzie. Naprawdę. Do tego, jak jeden mąż wystrzyżone na lato. Widzieliście kiedyś wystrzyżonego pudla? No cóż, nie zachwyca, ale jak się człowiek oswoi, to nawet zaczyna rozczulać.

 

 

 

Spokojnym krokiem mijałyśmy kolejne alejki, Anna M. w międzyczasie robiła zdjęcia, co zasadniczo łatwe nie było, ponieważ nawet w popołudniowym słońcu jest tak jasna poświata, że patrząc w niebo nie widać wiele. Chyba, że ma się dobre okulary przeciwsłoneczne, a ja nie miałam. Anna M. zdaje się też nie, zresztą przy robieniu zdjęć okulary na nie wiele się zdają. Tak sądzę. I oczywiście w Krakowie, okulary słoneczne to była jedyna rzecz z mojej garderoby, której ni chciałabym zapomnieć. Jedyna, o której myślałam. I choć okulary me są już mocno sfatygowane, to są najbardziej wiernym towarzyszem moich podróży. Jak się domyślcie, po tym przydługim wywodzie, okularów nie wzięłam. To była jedyna rzecz, o której zapomniałam. Anna M. poratowała mnie swoimi, ale cudze okulary, to nie to samo. A wiedząc o tym, jak ciężko wybrać mi nowy model (nie bez kozery moje są już tak sfatygowane), trwożyło się moje serce. Za chwilę problem miał się rozwiązać, niemalże samoistnie. Kupiłam nie jedne, a dwie pary okularów w stylu retro, rzecz jasna. Były tanie, i dobrze chroniły przed słońcem. Nie do wiary! A jednak.

Zanim jednak trafimy do sklepiku, a bardziej do kiosku w stylu naszego Kolportera, gdzie zakupiłam owe okulary, wróćmy na chwilę do parku przy retuszu. Wspominałam o bardzo spokojnej i leniwej aurze jaka tu panowała, nic dziwnego zatem, że poczułam się jak na przedmieściach, żeby nie powiedzieć na wiosce. Wystarczyło przejść kilkaset metrów dalej, żeby z prowincji na peryferiach miasta ponownie wyłoniła się miejska dżungla. Doszłyśmy tylko do ulicy, no u nas to by była pewnie autostrada. Na horyzoncie malowały się drapacze chmur, jakich wiele w tej części miasta. Tu właśnie będzie zaczynać się portowa część miasta, która w części Puerto Madero osiągnęła industrialny i nowoczesny charakter. Starch portów należałoby szukać w San Telmo, a nawet w La Boce, tam jednak nie pozwolono nam pójść. Robiłam przynajmniej trzykrotne podejście, żeby udać się na słynną Caminito w La Boce i za każdym razem słyszałam „Amelia, no! Es demaciado complicado ultimamente.” Ale o tym napiszę więcej później.

 

 

Przeszłyśmy na drugą stronę ulicy, jeszcze trochę oszołomione widokiem. W końcu do tej pory oglądałyśmy głównie jedno- piętrowe domy z przełomu wieków, no i może kilka bloków ze stosunkowo niedawnych czasów.  Nowe, a bardziej nowoczesne rozwiązania architektoniczne były jeszcze do naszej turystycznej przyszłości.
Szłyśmy chodnikiem, w cieniu budynków mieszkalnych. Po przeciwnej stronie towarzyszyła nam linia rzecznego nabrzeża, zdaje się, że był tam również jakiś park, ale że naszym celem był krótki spacer i równie krótka wizyta na Recolecie, nie zbaczałyśmy z drogi. W zasadzie cała ta droga chodnikami była zwyczajnie nudna. I nawet wakacyjny błogostan ustąpił na rzecz dziecinnego „długo jeszczeeee?”. No cóż, naprawdę nic się nie działo, no poza krótką ekscytacją związaną za zakupem okularów. O tak! Dla mnie to jest bardzo ekscytujące, zważywszy, że akurat okulary zasadniczo wyglądają kiepsko na moim zadartym nosku. Zupełnie tego nie rozumiem, bo to jedyna część garderoby, z którą mam taki problem.
Tak więc zobaczyłam stojak z okularami. Anna M. zauważyła go również i zagadnęła, czy nie chciałabym kupić okularów. Owszem chciałam, więc podjęłam temat. Przyjrzawszy się bliżej ulicznej ofercie dostrzegłam, że nie jedna para, a co najmniej dwie mnie interesują. No dobrze może trzy. Ale zasadniczo w dwóch wyglądałam całkiem nieźle, więc w swoim stylu (bez zbytniego namysłu) zdecydowałam o zakupie ku zadowoleniu moim i właścicielki stoiska. Ruchu to tam chyba dużego nie było, acz znaczenie mógł mieć fakt, że byłyśmy tam w godzinach sjesty.

Tutaj też, na tych właśnie chodnikach, po raz pierwszy tak dobitnie zetknęłyśmy się z biedą. Widok młodych mężczyzn, niby w sile wieku, a w kompletnym rozbiciu i nijakości. W ich oczach złość pomieszana z bezradnością. I nie wiem do dziś, czy to bieda, czy problem narkotykowy. W każdym razie instynktownie przyśpieszyłyśmy kroku, i nie wiem też czy z litości czy ze strachu. Może i jedno, i drugie…. Później jeszcze wielokrotnie miałyśmy zobaczyć brudne materace na ulicach, matki z dziećmi, a nawet całe rodziny na jednym materacu, gdzie zgromadzony był ich cały dobytek. Ubrania w stanie pozostawiającym wiele do życzenia i jakieś jedzenie, czasem nawet garnek, w którym zapewne to jedzenie przygotowują. Pytałam później znajomych Argentyńczyków, czy rzeczywiście tak trudno tu o pracę. Łatwo nie jest, fakt, ale coś się w tej sprawie zrobić da. Problem zasadniczo ma inne źródło, otóż do Buenos Aires przyjeżdża bardzo wiele osób (w tym wielu obcokrajowców z biedniejszych krajów Ameryki Południowej). Przyjeżdżają z nadzieją na lepszy los, często niestety bez pomysłu, co z tym losem zrobić. A że jest tu ciepło, można jakoś wegetować na ulicy, to często trwają w tym oczekiwaniu u nadziei, popadają równocześnie w letarg bezradności i beznadziei. Temat trudny i przykry. I nie wiem, kto tak naprawdę jest winny tej sytuacji. Jednostka czy społeczeństwo. Dodać jeszcze do tego fakt, że „żebranie” to jednak całkiem dochodowy zawód, robi się już całkiem nie zła zagwozdka socjologiczno – etyczno – socjalna.

Szłyśmy i szłyśmy. Już praktycznie pogodziłam się z myślą, że ten spacer nigdy się nieskończony, a jego przyjemność zastąpi natrętna myśl: „o matko, ile jeszcze….” No ale trzymałyśmy fason, w końcu byłyśmy na urlopie, a na urlopie człowiek dobrze się bawi, żeby nie wiem co. I w takich oto nastrojach zastała nas zmiana powierzchni terenu, otóż z nudnego betonowego płaskowyż wyłonił się pagórek, a zaraz za nim park, malutki, acz bardzo urokliwy (zwłaszcza, jeśli świeżo w pamięci ma się ciągnący się w nieskończoność beton). Przeszłyśmy wzgórze, po naszej prawej stronie, w głębi krajobrazu Anna M. dostrzegał dużych rozmiarów budynek, współczesnej architektury. W myślach oceniła sytuacje i zawyrokowała: „To musi być muzeum Bella Arte”, i tak rzeczywiście było. A dalej „cmentarz musi być już niedaleko”. O jakże cudownie zabrzmiało to zdanie, które w mig wyrwało mnie z dołującego letargu, ku nadziei, ku przygodzie…. Ożywione szłyśmy dalej. Dotarłyśmy do placu pośród drzew, z ziemią koloru rdzy. W głębi wciąż widniały mury muzeum „Bella Arte” (tam też pójdziemy, a jakże, to będzie dzień, kiedy chodziłam boso po boskim Buenos…). W samy środku stał pomnik, ale przyznam, nie wiem Kogo ani czego, acz nie omieszkałam poprosić Annę M. o zdjęcie na tle pomnika tego właśnie. Zresztą z jednego niewinnego zdjęcie zrobiła się tam „prawdziwa chwila dla reporterów”. Anna M. robiła zdjęcia, a ja plątałam się między drzewami, aż pod jednym z nich dostrzegłam ławkę. Alleluja! Chyba podświadomie uznałyśmy, że czas na odpoczynek przed dalszą drogą (w pamięci wciąż mamy ciągnące się kilometry betonu….). 

Z kolegą byłyśmy umówione około 20:00, gotowe do wyjścia oczywiście. A że miał być to wieczór pierwszego tanga, na toaletę trzeba było liczyć co najmniej 45 min. Co w moim przypadku zakrawa wręcz na burżujstwo, bo zwykle toaleta zajmuje mi około 15 min. Zbliżała się 16:00, więc zgodnie z mapą przewodnika ustaliłyśmy tor dalszej drogi na Recoletę, wystarczyło iść prosto przed siebie, ale nie. Na pierwszej prostej odbiłyśmy w prawo. Ot co!

Tak, jak sądziłyśmy, idąc wzdłuż muru doszłyśmy do bramy. Ta niestety była zamknięta. Nie dobrze. Idąc taki kawał drogi, tylko po to by pocałować klamkę, a raczej kłódkę. Chyba nikt tego nie lubi. Na szczęście urlop daję tą możliwość, jak nie dziś, to jutro…. Na szczęście Anna M. skojarzyła, że wejście cmentarne na zdjęciu w przewodniku wyglądało dużo bardziej okazale, niż wąska kuta brama, związana łańcuchem. I rzeczywiście, kilkadziesiąt metrów dalej znajdowało się wejście główne, a przednim kilkoro ludzi. Tak się zorientowałyśmy, że to tam muszą być główne wrota. Kiedy dotarłyśmy do głównego wejścia, właśnie zamykano barmy. Jak się okazało „Recoleta” to już nie tylko miejsce spoczynku, to chyba już bardziej muzeum. Muzeum zamykane o godz. 17:00, a że bardzo chciałyśmy je zobaczyć, nie pozostało nic innego, jak wrócić tu ponownie.
Zostało jeszcze trochę czasu, więc nie śpiesząc się, zajrzałyśmy do sklepu z pamiątkami. Raj dla moich oczu. Magnezy i reprodukcje plakatów z dawnych lat. Tango, Carlos Gardel i charakterystyczne, stylizowane zdobienia. Oprócz tych skarbów mate, koszulki i atrybuty sportowe. Wszystko, z czego słynie Argentyna. Zakopałam się między plakatami i oczami wyobraźni planowałam, gdzie je powieszę w klubie po powrocie. Co prawda tego dnia, jeszcze nic nie kupiłam, ale wiedziałam już, że tu waśnie jest cenna skarbnica pamiątkowych gadżetów. A to z kolei lubię ja, bardzo.

Skusiło nas wnętrze pasażu. Inne niż w Krakowie. Sklepiki poutykane były w niepozornych wnękach ciągnącego się tunelu. Lewą stronę tego kamiennego korytarza oświetlało południowe słońce, co tylko dodawało atrakcyjności tej zabudowie i pokusie jej zwiedzenia. Zresztą Anna M. tak właśnie lubi: zagubić się, zaplątać w korytarzach miejskich budowli. Sklepiki zasadniczo nie prezentowały na swych wystawach niczego szczególnie interesującego, nie było więc powodów by się zatrzymywać na dłużej. Poza tym czasu już też nie było dużo. Wyszłyśmy na skrzyżowaniu ulic, przed nami prężyła się inna budowla. Jak się okazało była to galeria handlowa, średnich rozmiarów (jak na to miasto)  z ciekawymi rozwiązaniami architektonicznymi. Przeszklony front z załamaniami na dachu, również ze szkła. Prosto z tej szklanej oazy wychodziły ruchome schody ku ziemi, a raczej ku naziemnym chodnikom. Galeria spodobała się i mnie, i Annie M. Został uwieczniona w pamięci cyfrowej aparatu i naszych wspomnień. Potem jeszcze zobaczymy ją co najmniej dwa, może trzy razy. I zawsze na mojej twarzy budziła uśmiech, tak jak uśmiechamy się na widok starego, dobrego przyjaciela.

Z planu miasta wyczytałyśmy, że aby dojść do cmentarza na skrzyżowaniu trzeba odbić w lewo i choć wydało nam się to mało prawdopodobne, tak właśnie zrobiłyśmy. Uliczka była wąska, niepozorna. Skoro jednak w głowach naszych nie pojawiła się żadna alternatywna, poszłyśmy za tym, co dyktował nam rzeczony plan miasta. Odległości były zaznaczone w dużym przybliżeniu, więc ponownie nastawiłyśmy się długie kilometry drogi, i teraz w dodatku miało być jeszcze pod górę. Na szczęście, tym razem droga nie miała być już ani tak długo, ani nudna.
Szłyśmy wzdłuż muru, który okazał się murem cmentarnym. Anna M. wypatrzyła fragmenty pomników cmentarnych wystające spoza tej biało – szarej ulicznej ściany. Nie wiedziałyśmy, z której strony było wejście, najlepszym wyjściem zatem było iść wzdłuż muru, nie tracąc z oczu fragmentów anielskich posągów. Spokojnym krokiem pokonywałyśmy kolejne metry miejskiego wzniesienia. Doszłyśmy do zabudowań, które wskazywały na centrum turystyczne. Były tam knajpki i sklepik z pamiątkami. Knajpki nie kusiły klimatem dawnego miasta, były raczej współcześnie modne, więc nie planowałyśmy tam zaglądać. Ale sklepik z pamiątkami, jeszcze pod nazwą „Tango”, tam z pewnością musiałam zajrzeć, choć na chwilę.

Cmentarz i sklep z pamiątkami, dwa punkty, do których zamierzałyśmy wrócić. Teraz jednak należało szykować się do powrotu. Trzeba było zlokalizować najbliższą stację Subte i drogę powrotną przebyć szybko, i w miarę wygodnie podziemnym pociągiem. Byliśmy umówieni na 20:00, a ja planowałam jeszcze choć na chwilę oddać się przyjemności sjesty w pokoiku nr 5. Przed nami był wieczór tanga, a następnego dnia przed południem miałyśmy opuścić nasz pokoik i na weekend zamieszkać w apartamencie w San Telmo.

Czas wracać. W drodze powrotnej trafiłyśmy na biuro informacji turystycznej, a w nim, jak przypuszczałam, na mapę miasta „z lepszą rozdzielczością”, że tak to ujmę. Wyposażone w nowe mapy, po krótkiej pogawędce w pracownikami biura (no przecież nie byłabym sobą, gdybym nie wymieniła choć kliku zdań, zwłaszcza jeśli po drugiej stronie są rozmówcy równie chętni do takiej wymiany) mogłyśmy wracać do naszego argentyńskiego domu. Tego dnia zobaczyłyśmy już dość, pomału zmęczenie dawało się we znaki, nie wykazywałyśmy już większego zainteresowania tym, co pokazywało nam Buenos. Czasem tylko Anna M. zrobiła jakieś zdjęcie. Wykorzystałam to żądając zdjęć w czerwonej budce. Zawsze chciałam taką mieć w domu. Marzenie z lat dziecięcych, współcześnie zweryfikowane przez warunki mieszkaniowe. Ale zdjęcie zmieści się w każdym M.

Dowlekłyśmy się (nazywając rzeczy po imieniu) około 19:00. Na szczęście okazało się, że umówiona godzina spotkania została przesunięta na 22:00, czyli po argentyńsku. Było więc trochę czasu i na toaletę i na drzemkę, a że do drzemki nie trzeba mnie przekonywać, pięć minut później byłam już w krainie mego wielbionego bóstwa, Morfeusza.

Ledwie przyłożyłam głowę do poduszki, a już budzik ponownie przywoływał do życia. Oj, ciężko było opuścić wygodne łóżko i gdyby nie to, że byłyśmy umówione, nie wiem czy opuściłam bym pokoik nr 5. tego wieczora. Nasze leniwe spacery okazywały się być kilkukilometrowymi wyprawami po miejskiej dżungli Buenos Aires. I chyba właśnie zaczynała do nas docierać świadomość, że nie bez powodu już pierwszego dnia zostałyśmy przeszkolone, jak korzystać z tutejszego z metra. Przyszła więc pora odłożyć przyzwyczajenia i na dobre zawrzeć pakt przyjaźnie z miejską komunikacją. To miało nastąpić już od jutra, a tym czasem zbliżała się 22:00. Czas wyjścia i pierwszej milongi w Buenos.

Nie wiedziałyśmy co nas czeka tej nocy, wiedziałam tylko, że już bardzo chciałabym zatańczyć, nie ważne za jaką cenę. Dosłownie i w przenośni….

Najpierw trafiłyśmy na otwarcie nowej milongi w miejscu, które przypominało mi młodzieżowe sloty. Jako że nie jest to mój klimat, nie wytrzymałam tam długo, ale fakt, tam zatańczyłam swoje pierwsze tango, a dokładnie pierwszą milongę. 

Przypuszczam, że było to mieszkanie zaadptowane na lokal, takie, jakich mnóstwo znajduje się na krakowskim Kazimierzu. W podobnej stylistyce przypadkowych mebli i znaidbanych ścian. Tuż przy wejściu był mini barek, gdzie zaopatrzyliśmy się w trunki. Wybrałam piwo w puszce z braku lepszych możliwości. Oj, dawno to już nie mój klimat. Atmosfera była luźna i przyjemna, jednak fakt, że nie było zbyt wielu stolików i krzeseł, gdzie można by usiąść zniechęcał mnie bardzo. W śródku, w tym małym labiryncie korytarzy i pokoików był również pokoik do tańca. Myślę, że miał nie więcej niż 22 – 24 metry kwadratowe powierzchni. Była tam drewniana podłoga, nagłośnienie i stolik dla Dj-a. Tu tutaj tańczyli tango. Do pokoiku prowadziły dwie pary przeszklonych drzwi, przez które można było obserwować rozwój wydarzeń. Jedne drzwi wychodziły z korytarzyku, w którym się właśnie znajdowałyśmy, drugie na kształt maleńkiego foyer, gdzie można było usiąść, zmienić buty, nawiązać rozmowę czy zainicjować cabaceo. Onieśmielało mnie dość to miejsce, byli tam głównie znajomi, więc nie zdecydowałam się, żeby tam wejść. Znajomy, wiedząc, że bardzo chciałam tańczyć, nakłaniał mnie, żebym weszła do pokoiku z drewnianą podłogą, bo tak dam wyraźny sygnał, że chcę tańczyć. Niestety na to też się onieśmieliłam. Mężczyźni nas obserwowali, to znaczy mnie i Anne M., ale póki co żaden nie ośmielił się na ruch. Co prawda nie zmieniłam butów, chyba podświadomie nie wierzyłam, że coś tu może się wydarzyć. I kiedy praktycznie już traciłam nadzieję na jakikolwiek taniec w tym miejscu, do tańca zaprosił mnie młody mężczyzna. Ubrany w codzienną garderobą, chyba nawet w sportowych butach. Podjęłam cabceo i ruszyłam na parkiet. Grali milongę. Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale dźwięk milongi robił swoje. Ułożyłam się w bliskim objęciu mojego partnera i ruszyliśmy w rytm milongi. Rytmicznie, płynnie i charakternie. Tak tańczył ów Pan. Cudownie. Uśmiech nie schodził z mojej twarzy przez całą tandę…. Tego właśnie było mi trzeba! Nie wiem, jak miał na imię, ani czym się zajmował. To nie było ważne. Ważna była tylko harmonia w tańcu. Ważne, żeby to było miłe i przyjemne dla dwojga. Nic więcej nie było ważne. I trochę o to chodzi w tangu, żeby spotkać się na chwię w objęciu i dobrze się ze sobą bawić lub czuć. Kilka dnie później miałam usłyszeć od jednego doświadczonego milonguero, że mają w zawyczają mawiać „daj mi sowje abrazo, a powiem Ci, jakie miałaś życie”. I coś w tym jest…

Milongi były bardzo przyjemne, ale wiedziałam też, że już wiele więcej w tym miejscu mnie nie spotka. Czasem jest też tak, że tańczy się taką tandę, że ma się tą pewność, że lepszej nie już nie będzie. I własnie to przekonanie zawładnęło moim sercem i umysłem. A że była to pierwsza tanda tego wieczoru, no cóż, nie pozostawało nic innego, jak zmienić lokal… Odnalazłyśmy znajomego pośród jego znajomych, chcąc pertraktować w sprawie zmiany miejsca. Chciał jeszcze zostać wśród przyjaciół, ale uległ i ruszyliśmy w dalszą drogę śladem tanga i milongi…

Następny przystanek „La Catedral„, klub, w której również odbywały się milongi, kilka cuadras dalej. Było około północy. Znajomy wywiedział się, jaki jest program wieczoru. Grali właśnie koncert, wstęp nie był najtańszy. Koncert miał trwać jeszcze nie dłużej niż pół godziny, zatem zdecydowaliśmy pójść dalej. Kierunek „La Viruta”, najsłynniejsza milonga świata.

Ten dystans już nie był tak krótki, wzięliśmy taksówkę i kilkanaście minut później byliśmy już w Palermo. Faktycznie taksówki są tu dość tanie. Jako że była to nasza pierwsza wizyta w tej dzielnicy, noc była spokojna i gorąca. przed wejściem na milongę, znajomy zaproponował spacer, żeby pokazać nam urok tej dzielnicy. I rzeczywiście, była to spokojna i zadbana dzielnica. W tej części pełna urokliwych knajpek w przeróżnych stylach. Jedno co było im wspólne to charakterystyczne oświetlenie w postaci łańcuchów z żarówek na wysokości sufitu. To sygnał, że „otwarte, zapraszamy”. Ulegliśmy z chęcią i wstąpiliśmy do jednej z takich ulicznych knajp. Orzeźwiające piwo i przyjazna pogawędka. Nim się spostrzegliśmy minęło godzina. Czas na Virutę!

Spacerowym krokiem wróciliśmy na ulicę Armenia. To tu znajduje się najpłynniejszy współcześnie klub tanga. Na płycie chodnikowej wyryte „ocho pasos”. Przed wejściem młodzi mężczyźni niej lub bardziej tocząca się konwersację. Przy wejściu był portier, który miło się z nami przywitał. Do samego klubu należało zejść od podziemi. Tuż przed wejściem było miejsce dla kolejnego portiera, tego już nie było. Przyszliśmy między pierwszą drugą w nocy. Jest taki zwyczaj, że od pewnej godziny już nie płaci się wstępu i jak się pewnie domyślacie wpływa to na frekwencję milongueros.

Weszliśmy do środka. Ciemna, ceramiczna posadzka, połyskująca w świetle reflektorów. Ciemne ściany. Tuż przy wejściu znajdowała się scena, klika schodków niżej „la pista”,  a na końcu, na przeciwko sceny usytuowany był bar. Dookoła przestrzeni do tańca zgodnie ze zwyczajem milong znajdowały się stoliki i krzesła. Każdy stolik przykryty bordowym obrusem, i nie mal na każdym z nich widniał napis: Rezerwacja. Sala nie była pełna, a pisząc wprost była bardziej pustawa. Słychać tango, zdaje się że dj-em tej nocy był sam Horacio Godoy, właściciel tego miejsca. Kiedy weszliśmy Maestro własnie tańczył tango. Elegancki, w czerni.

Chcieliśmy usiąść przy stoliku i jakież było nasze zdziwienie, że mimo pustawej sali, mieliśmy dużą trudność ze znalezieniem wolnego stolika. Praktycznie na każdym leżała kartka z napisem Rezerwacja. Znajomy uświadomił nas, że większość tubylców zjawi się około 3 nad ranem. Tak się jednak nie stało, akurat tego wieczoru. Ale jeszcze będzie mi dane zatańczyć na zatłoczonym klubie Viruta i w dodatku do muzyki na żywo.

Wypatrzyłam w końcu wolny stolik, usiedliśmy. Zmieniłam buty. W końcu mogłam założyć mój srebrzysto złoty bucik. Leżał idealnie, acz stopy me zdążyły już odzwyczaić się od obcasów. Usiedliśmy wygodnie, toczyliśmy luźną konwersację o tangu i o Argentynie. Nie powiem bardzo przyjemną i ciekawą. Ale nie na to czekałam tej nocy. Minęło przeszło pół godziny i nadal nic się nie działo. Nie napływali nowi goście, więc po raz drugi tej nocy zaczęłam tracić nadzieję. Przynajmniej na pocieszenie zjedliśmy pyszne empanadas popijając je równie pysznym piwem. Mniam.

Nasz znajomy chyba zauważył mój „lekko” zawiedziony wyraz twarzy, bo w pewnej chwili powiedział: „idę się przejść, bo nigdy nie zatańczysz”. Uprzejmie podziękowałam, ale nie byłam przekonana, że to coś wniesie do sprawy. Nie minęły dwie minuty, kiedy okrężną drogą,  z impetem podszedł do mnie młody mężczyzna, Argentyńczyk i zapytał: bailas? I jest coś w tym, o czym kiedyś w klubie opowiadała nam Malena Veltri. Kod Cabaceo zaczyna się już kiedy wychodzisz z domu, zasadniczo w momencie, w którym podejmujesz decyzje czy idziesz solo czy w towarzystwie. Później raz jeszcze byłam na milondze w towarzystwie mężczyzny, i wtedy również Panowie przyglądali mi się, a i owszem, ale żaden nie odważył poprosić się mnie do tańca. Wtedy też mój partner zdradził mi sekret, jak to zrobić, żeby całą noc nie schodzić z parkietu.

Młody mężczyzna, który patrzył na mnie wyczekująco ubrany był w jeansy i biało-błękitny podkoszulek, w oczy rzuciły mi się jego białe buty do tanga. Ten szczegół miał niedługo później okazać się bardzo istotnym, ale jeszcze nie tej nocy. Odpowiedziałam na cabeceo i ruszyliśmy na „parkiet”. Zaczęliśmy tańczyć. Pierwsze tango poznawaliśmy swój taniec nawzajem, w drugim już było wygodnie i przyjemnie, a w trzecim zaczęliśmy szaleć. Tańczyło się świetnie, lekko i charakternie. Mój partner był bardzo umuzykalniony, więc prostymi krokami mogliśmy się bawić całe tango. Ale oczywiści pojawiły się i sacady, i gancho, choć przyznam, że później już ich nie zatańczyłam. Być może dlatego, że tylko tu było tak dużo miejsca, że kolega Tanguero bez obaw mógł pozwolić sobie na ich poprowadzenie. Przetańczyliśmy przynajmniej osiem tang. Zdaje się, że nie grali cortin, więc nie było oficjalnego znaku, żeby zakończyć wspólny taniec. Dwa, trzy tanga później podziękowałam za taniec. Po pierwsze miałam świadomość, że moi kompanii nie tańczą, więc może ich dopadać już nuda i zmęczenie, po drugie ponownie zaczynałam dotykać poczucia „wytańczyłam się na dziś”. 

Wyszliśmy z klubu dobrze po 3 nad ranem i nie było by w tym nadzwyczajnego, gdyby nie to, że miałyśmy już kilkanaście kilometrów spaceru za sobą tego dnia, a nazajutrz skoro „świt” trzeba było opuścić pokoik nr 5. Następnego dnia bowiem, przeprowadzałyśmy się do dzielnicy San Telmo.

+ Piątek, 2 luetgo

 

Ten dzień miał nam upłynąć pod hasłem „Kierunek San Telmo”. Ja o tej dzielnicy w zasadzie nie wiedziałam nic, lubię poznawać miejsca, dopiero, kiedy się w nich znajduję. Na szczęście Anna M. była przygotowana na podstawie wspominanego już przewodnika. Dzięki temu mogłyśmy zobaczyć, to co Inni polecają, jako warte zobaczenia.

Przeczytałam później na stronach portali podróżniczych następujące wpisy o dzielnicy San Telmo:  (…) „O tej części Buenos Aires rozmawialiśmy najczęściej przed przyjazdem do Argentyny. Była ważna dla nas z wielu względów, po pierwsze tangowych. To, poza La Bocą, miejsce, które historycznie odegrało najważniejszą rolę w kształtowaniu się tego tańca. Po drugie – to tu najwyraźniej widać pozostałości dawnej architektury. I najbardziej ma przypominać dawne portowe Buenos, które później stało się dzisiejszym miastem monstrualnych rozmiarów. (…)” z portalu Podróżniccy. I drugi z portalu Airbnb: (…) „Pomimo swojego wieku, San Telmo sprawia wrażenie ponadczasowego. Będące od 1536 roku terenem hiszpańskiego osadnictwa w Ameryce Południowej, San Telmo przeżyło rewolucje, epidemie, projekty rewitalizacji i masowe protesty. Od tego czasu jej charakter upiększa centrum Buenos Aires. Polowanie na antyki, obcowanie ze sztuką, tańczenie tanga i kosztowanie ulicznego jedzenia – wszystko to składa się na niezapomniane wrażenia z najlepszych wiekowych kolonialnych ścieżek i brukowanych deptaków Buenos Aires (…)”. Czemu przytaczam tu te treści?, otóż San Telmo to ważna dzielnica w Buenos Aires, w moim przekonaniu bardziej jednak ze względu na mentalność i tęsknotę za dawnym czasem, niż realny wpływ na współczesny charakter miasta. To dzielnica bohemy i „staroci”, coś na kształt krakowskiego Kazimierza. Z pewnością trafi tu każdy turysta, a już na pewno ten, który lubuje się w tangu. Czy równie chętnie zachądzą tu mieszkańcy miasta? Nie wiem…

Polubiłam San Telmo i w zasadzie spędzałyśmy tam każdą niedzielę, ale jak dla mnie, to nie tam toczy się współczesne tango, bo ten temat interesował mnie będzie najbardziej, ale o tym później. Tymczasem kierunek San Telmo!

Do 10:00 miałyśmy opuścić nasz pokoik nr 5. Nie było by żadnego problemu, gdyby nie fakt, że wcześniejszy dzień i jeszcze trwająca noc obfitowała w taką moc doznań i wrażeń, że ciało domagało się snu, a już na pewno nie kolejnych wrażeń. Musiałam użyć niezłych zabiegów na moim umyślę, żeby przekonać go do pionizowania pozostałych mych członków. W końcu nie raz było już tak, że ciału się nie chciało, nawet duszy się nie chciało. Szłam gdzieś przymuszona ostatkami woli, które nakłaniały do wypełnienia danego słowa i często później bywało tak, że i ciało, i dusza woli tej wdzięczność okazywało. Bo zmęczenie szybko mija i idzie w niepamięć, a to co w pamięci tej pozostaje na lata i wielokrotnie później kładzie się uśmiechem na twarzy, to właśnie ta moc doznań i wrażeń. Tak więc po około piętnastominutowej pertraktacji woli, ciała i umysły, wolno zwlekłam się z łóżka. Trzeba było zażyć rannej kąpieli i spakować bagaż, który już zaczynał przyrastać od dnia przyjazdu. Na szczęście część bagażu mogłyśmy zostawić w hostelu i zabrać tylko, to co uznałyśmy niezbędne na najbliższe 3 dni. I rzeczywiście jest tak, że konieczność zmiany lokum chroni człowieka przed tzw. zasiedzeniem i idącym za tym rozleniwieniem.

Tuż przed 10:00 wystawiłyśmy bagaż przed drzwi pokoiku nr 5. W wynajętym na weekend apartamencie miałyśmy się pojawić około południa. Był więc jeszcze czas na śniadanie i leniwą kawę, a nawet na krótkie czynności zawodowe zwane copywritingiem.

Po 11:00 pożegnałyśmy się z mieszkańcami hostelu i ruszyłyśmy w drogę. To miała być podróż metrem, nawet z jedną przesiadką. Na ten moment było to nie lada ekscytujące wyzwanie. Poszło nadzwyczaj sprawnie i już po niespełna pół godziny byłyśmy w dzielnicy San Telmo, przy Av. Indenpendiencia. To doświadczenie miało nam później przysporzyć nie lada stracha. No cóż, to że raz przejedziesz miasto w 20 min. nie znaczy, że tak będzie zawsze. Miałyśmy się o tym dobitnie przekonać w podróży do Montevideo.

Korzystając z mojej ulubionej aplikacji „zapytaj lokalsa”, wywiedziałyśmy się jak dotrzeć pod adres apartamentu, mianowicie na ulicę Carlosa Calvo. Miałam zawiadomić właścicielkę, kiedy będziemy na miejscu. Tylko jak to sprawnie zrobić, kiedy internetu brak, a minuta połączenia to koszt około 10 PLN. Rozejrzałam się wokoło, na przeciwko znajdowała się chińska knajpka standardu mocno przeciętnego. Chińskie jedzenie na wagę dopiero miałyśmy odkryć. W każdym razie uznałam, że będą tam mieć Wi-Fi. Sukces! Co prawda musiałam tłumaczyć trzem osobom po kolei, na czym polega kłopot, począwszy od damy w średnim wieku, przez młoda dziewczyna, na młodzieńcu leniwie siedzącym za ladą skończywszy. Podziękowałam za pomoc, a nową zdobytą „aplikację dostępu” zanotowałam w pamięci. Później jeszcze kilka razy Wi-Fi miejscowych knajpek uratuje nam skórę.

Pół godziny później byłyśmy już w apartamencie, choć bardziej było to mieszkanie po babci. Zachwyciły nas kolory i klimat tego miejsca, starocie w iście oldschoolowym stylu. Do mieszkania wchodziło się przez wysoki i ciemny korytarz, potem przez wąskie i jasne patio, na którym pełno było mniej lub bardziej zadbanych roślin, potem klatka schodowa i właściwe drzwi do mieszkania, które ostatecznie składało się z dwóch mieszkań. Dlaczego tako? To miała wydedukować Anna M. pod koniec naszego pobytu w tej dzielnicy.

Tymczasem zostałyśmy same i mogłyśmy na spokojnie nacieszyć się wolnością chwilowego „bycia na swoim”. Pobieżnie rozpakowałyśmy rzeczy i zeszłyśmy na dół po złocisty napój. Po pierwsze było gorąco i bardzo chciało nam się już pić, po drugie trzeba było uczcić pomyślny przebieg przeprowadzki. Tuż obok kamienic był sklep, potocznie zwany chińczykiem. Dlaczego?

 

Po raz pierwszy spotkałam się z określeniem „u Chino” w Andaluzji, rzeczywiście były to albo małe sklepiki osiedlowe lub minimarkety wielobranżowe, prowadzone właśnie przez Chińczyków. Podobnie rzecz ma się w Buenos Aires. Duże supermarkety, które znamy z europejskich galerii handlowych, tutaj są raczej rzadko spotykane. Codzienne zakupy robi się w sklepach branżowych, że tak to ujmę. Chleb kupuje się w piekarni, warzywa w warzywniaku albo na targu, kosmetyki w drogerii. Coś na kształt naszych delikatesów vel supermarketów to właśnie „Chino”. Najczęściej są to zaadoptowane garaże na sklepy z ustawionymi regałami, na których widnieje towar wielobranżowy. Niestety po dziś dzień nie wiem na czym polega fenomen sieci Chino. W niemal każdym „u Chino” pracuje familia Chino.

Wracając do naszej historii, w pobliskim Chino zaopatrzyłyśmy się w cerveza de un litro i pojedyncze produkty spożywcze, które mogły nam się przydać przez najbliższe dni. Tu tuż wypatrzyłam pyszną przekąskę do piwa, które po raz pierwszy smakowałam zdaję się w La Virucie właśnie. Przekąska ta, to coś w rodzaju naszych paluszków i mini krakersów razem, ma kształt małego paluszka, w smaku bardziej przypomina słone krakersy. Pycha! Oczywiście zakupiłam stosowne ilości i tak mogłyśmy powrócić na pięterko, i delektować się smakiem sukcesu i wolności. Byłyśmy dość zmęczone, więc nie trzeba było długo czekać na skutki złocistych bąbelków. Był czas siesty, a jak już mnie znacie, dwa razy powtarzać mi nie trzeba. Udałam się do sypialni na spoczynek, Anna M. miała dołączyć chwilę później. Zdaje się, że jako pilot wycieczki chciała jeszcze przepatrzeć plan na najbliższe dni, i chwała jej za to!

Obudziłyśmy się późnym popołudniem, leniwie zbierała nas chęć na niezobowiązujący spacer po okolicy (o ile to w ogóle możliwe w naszym przypadku) oraz co tu dużo mówić, przynaglał nas głód do podjęcia jakich działań kulinarno – konsumcyjnych.  Ponieważ lenistwo brało górę, zatem decyzja zapadła: krótki spacer i kolacje „na mieście”. a od jutro miało się zacząć buszowanie na dzielnicy na poważnie. 

 

Mniej więcej wiedziałyśmy, w którym kierunku mamy iść. Teraz jednak starałam zapamiętać nazwy ulic, te najbliżej naszego miejsca zamieszkania. Nie powiem, wybrałyśmy drogę na północ i około 20:00 niestety uliczne knajpki nie sypały się jedna za drugą. Dotarłyśmy do głównej ulicy, jak się później miało okazać do Av. de Mayo. Teraz to nie miało szczególnego znaczenia.

W każdym razie była tam otwarta knajpa w starym stylu oczywiście, wystrojem przypominałam mi te z andaluzyjskiej Granady. Drewniane obicia ścian, duży masywny bar, za nim przeszklona ściana. Na ścianach reprodukcje plakatów z corridy i tablao flamenco. Patrząc na te reprodukcje naszła mnie chęć na flamenco, i że kiedyś pół żartem pół serio zarzucono mi, że w Granadzie chadzam na tango, to uznałam, że teraz w Buenos Aires pójdę na flamenco. Annie M. pomysł się spodobał. Postanowione!

Za barem stał mężczyzna w wieku mocno dojrzałym, dobrze zbudowany, zwłaszcza na odcinku brzucha. Patrzył na nas ni to znużony ni oburzony, a na pewno obojętny. Chyba jeszcze pamiętał czasy kiedy kobiety same  nie szwendały się po knajpach. My akurat bardzo lubimy się szwendać, więc musiał to jakoś znieść.

 

Podszedł do nas Camareo w równie dojrzałym wieku, mniej solidnej budowy i znacznie bardziej zadowolony z naszej wizyty. Zamówiłyśmy złocisty napój de un litro ( a jakże by inaczej) oraz pizzę. Czas oczekiwania na zamówienie był krótszy niż założyłyśmy i po kilkunastu minutach Camarero wniósł gorącą, pachnącą pizze. Podał ją z iście wykwintnymi manierami. Tu warto wspomnieć, że profesja Camarero – kelnera, to zawód na długie lata. Od niego wymaga się znajomości klientów i ich upodobań, to zasadniczo Camarero odpowiada za tłumy przy barze. U nas niestety jest to często przejściowe zajęcie studentów, którzy nie przywiązują zbytniej wagi do jakości wykonywanych usług. Kelner wykwintnych manier to u nas rzadkość (niestety), tam, w Buenos i pozostałych krajach południa (w Hiszpanii jest podobnie) to reguła.

Najedzone, w dobrych humorach i z etykietą Stella Astrois, która niedługo zawiśnie w klubowym barze, wyszłyśmy z knajpki. Słońce już zaszło. Noc była ciepła i mniej duszna niż Villa Crespo. Teraz byłyśmy bliżej Río de la Palata. Anna M. chciała zobaczyć słynny obelisk nocą (za dnia widziałyśmy go już pierwszego dnia). Zbudowano go na uczczenie czterechsetnej rocznicy osiedlenia Hiszpanów w tym rejonie Río de la Plata, kształt ołówka uzyskał na znak pamięci o Nocy ołówków  . Obelisk, tak jakby był świadom swojej doniosłej dla miasta roli, pyszni się swą wysokością nad całym Buenos, i mimo, że to w sumie tylko słup, mogłabym na niego patrzeć godzinami, zwłaszcza nocą, skąpanego w światłach reflektorów. 

Ulice wokół El Obelisco tętniły życiem. Mimo gwaru ulicznego w powietrzu unosił się spokój i błogostan. Acz biorę poprawkę, że tak mógł zadziałać dopiero co skonsumowany posiłek i złoty napój i fakt, że byłyśmy nie mal na początku wakacji. Nasycone widokiem nocnego życie uznałyśmy, że czas wracać, zwłaszcza, że znając już nasze wyczucie odległości, obwiałyśmy się, że droga powrotna wcale nie będzie taka krótka.

Wracając oglądałyśmy wystawy sklepów, które w niczym nie przypominają tych europejskich. Ot wystawa zwyczajnie pokazuje wnętrze sklepu albo rodzaj usługi. W nowszej części miasta, przy Av. Corrientes wystawy prezentują się po europejsku, tu jednak sklep z butami pokazywał buty, a pracownia oprawy obrazów – ramy. I co ciekawe w trakcie tej nocnej podróży, jak gdyby nigdy nic wyłoniła się przed nami witryna sklepu Flabella – butów do tanga. Następnego dnia tam wrócimy. Byłyśmy zadowolone, że przynajmniej jednej punkt z jutrzejszego planu dnia „znalazł się” sam, a do tego w całkiem miłym towarzystwie trzech innych sklepów z butami do tanga. Tym wrażeniem zakończył się nasz czwarty dzień w Buenos Aires, a pierwszy w dzielnicy Santelmo. Dobranoc!

+ Sobota, 3 lutego

Dzień dobry!

Obudziłyśmy się dość wcześnie. Prawdę mówiąc wcale nie spałam dobrze tej nocy, dla mnie miało to związek z naszą sypialnią. Anna M. uznała, że przesadzam, więc nie drążyłyśmy tematu. Ostatecznie może i dobrze się stało, bo sprawnie zjadłyśmy śniadanie, którego przygotowanie okazało się bardziej skomplikowane niż sądziłyśmy z powodu braku garnków. Ot co! No ale przynajmniej kawę było w czym zrobić. Anna M. już od co najmniej dwóch dni piła yerba mate, ja też chciałam się przestawić. Cóż, nie złożyło się póki co, aczkolwiek w yerba lubuję się bardzo.

Mam w zwyczaju celebrować rytuał picia kawy, zwłaszcza kawy porannej. Tutaj mogłam zrobić to na tarasie w promieniach słońca. Cudowne! Anna M. co prawda pośpieszała mnie co nie co, bo była już żądna buszowania po okolicy, ale rytuał ów i tak zaliczyłabym do udanych. Sprawnie zebrałyśmy się do wyjścia i już po 10:00 rano mogłyśmy zapuścić nura w uliczki San Telmo.

Spacerowym krokiem przemierzałyśmy kolejne ulice w sposób dość przypadkowy, przynajmniej na początku. W planach miałam ja, a więc siłą rzeczy i Anna M. udać się do sklepów z butami znajdującymi się w tej okolicy. Chciałam też zobaczyć co w świecie tanga ma do zaoferowania dzielnica San Telmo, w końcu tu wszyscy doszukują się tej fascynującej kultury de los Porteños.

Mijałyśmy kolejne uliczki zachwycając się architekturą. Wyraźnie widać tu było historię. San Telmo jest dzielnicą położoną w bezpośrednim sąsiedztwie Río de la plata, stąd pierwsi mieszkańcy osiedlali się właśnie tu, w dzielnicy portowej, i stąd nazywa się ich los Porteños. W początkach swej historii była to dzielnica zamożnych Panów, co po dziś dzień widać w architekturze, zwłaszcza w misternych zdobieniach kamieniczek. Dominują balkony francuskie, okiennice i tarasy. Tu tuż miałyśmy zobaczyć zabytkowy obiekt Conventillo, czyli typowej zabudowy z XVIII wieku, ale to jeszcze nie dzisiaj.

Epidemia Dżumy zdziesiątkowała mieszkańców dzielnicy, a ci którzy chcieli uciec przed chorobą migrowali w głąb lądu. Dzisiaj znamy medyczne przyczyny epidemii, wtedy natomiast, w czasach zabobonów łatwiej było wierzyć w złego ducha, który opanował tą część miasta. Nic dziwnego, że nikt nie chciał tu mieszkać, nikt Kto mógł sobie pozwolić na opuszczenie domostwa i zakup nowego, w innej, bezpiecznej lokalizacji. Opuszczone domostwa nie zostały puste na wieki, jak się domyślacie. Stopniowo zasiedlali je najbiedniejsi imigranci, a reprezentatywnym Convetillos dzielona na mniejsze mieszkania, a nawet klitki, w których zamieszkiwały całe rodziny. W jednym z takich mieszkanek, teraz mieszkałyśmy my. Jak to wygląda po przeszło 100 latach? O tym później. To co wyraźnie rzucało się w oczy to bieda, obdrapane ściany, zaniedbane budynki, i stosunkowo wiele opuszczonych, choć dziś nazywa się je „na sprzedaż”. Spuściznę bogatej dzielnicy przejęło Puerto de Madera, to tam skupia się luksus współczesnego Buenos. San Telmo i sąsiednia La Boca dzierżą spuściznę historyczno – kulturową. To tu najchętniej zachodzą turyści. Co o tym myślą sami mieszkańcy? Cóż, o tym też spróbuję napisać później.

Tymczasem mijałyśmy kolejne uliczki w światłocieniach południowego słońca Buenos Aires. Znowu smak wakacyjnego lenistwa. Cudowne! Miałyśmy czas na oglądanie ściennego malarstwa ulicznego. Tutaj więcej jest malunków niż typowego graffiti, i więcej też motywów tangowych. idąc spacerowym krokiem to trafiłyśmy na sklep „Mafaldy”, to na szewca drzemiącego przed swoim warsztatem. Znudzenie czy taki styl życia? Do dziś nie wiem, ale po raz kolejny miałyśmy doświadczyć, że czas tu płynie inaczej, spokojniej…

Niezobowiązujący spacer zaprowadził nas wreszcie na róg ulicy, to tutaj zaczynała się dzielnica „viejo tango porteño”. Jako pierwszy naszym oczom ukazał się bar „La cumpracita” na rogu ulic Chile y Balcarce. I choć śladów „La cumparcity” chciałam szukać dopiero w Mintevideo, muszę przyznać, że zastany wystrój godnie spełniał oczekiwania płynące z nazwy najsłynniejszego (chyba) tanga na świecie. 

Było otwarte. Weszłyśmy do środka, tam dwóch mężczyzn w mocno średnim wieku. Poprawiali coś w barze. Konkretni jeden z nich coś poprawiał, drugi stał za barem. Lekko zdziwieni naszym widokiem, w końcu o tej porze nikt nie zagląda do baru, ale spoglądając na nas uważnie, spostrzegli, żeśmy nie stąd. I nawet wydaje mi się, że przez chwilę na twarzy barmana pojawił się grymas „aaa turystki”. Bardzo uprzejmie powiedzieli nam, że teraz bar jest jeszcze nie czynny, ale zapraszają nas wieczorem na Tango Show, z muzyką na żywo i pokazem tanga oczywiście. Podziękowałyśmy z zaproszenie, byłam zdecydowana z niego skorzystać wieczorem, teraz jeszcze nie miałam świadomości jaka będzie cena tej przyjemności. Dla mnie to nie było aż tak ważne, zapłaciłabym każde pieniądze, żeby przeżyć to choć raz ( i uwaga! rzeczywiście przeżyję to tylko raz!). Jednak Anna M. to co innego, ona nie była zagorzałym fanem tanga, zwłaszcza tanga starego stylu… Ten problem miał nas wziąć w ogień krzyżowy dopiero późnym wieczorem. Tymczasem miałyśmy zgoda na zrobienie kilku zdjęć, skrzętnie skorzystałyśmy z okazji, i po chwili ponownie stałyśmy w promieniach słońca na Av. Chile. Tu był czas na krótki rekonesans w której części San Telmo jesteśmy, i gdzie chcemy iść dalej.

Tak wyglądał lokal „La Cumparcita” za dnia. Mnie zachwycił klimatem, to pewnie za sprawą starych zdjęć, do których mam szczególną słabość. Tu widać odsłonięte okna, przez które leniwie wlewa się światło dnia. Inaczej miało być nocą, zasłony będą szczelnie zasłonięte, a ukrytą pośród ulicznych tłumów „La Caumparsite” zdradzać miał dźwięk kobiecego śpiewu w tonacji tanga. To jednak miało dopiero nastąpić, a tym czasem zdecydowałyśmy udać się na calle Bolivar, która miała stać się moją ulubioną. To tam, ukryty za solidnymi drewnianymi drzwiami krył się butik „Raquel. Tango Shoes”. Otworzy nam piękna i elegancka kobieta w średnim wieku. To wydarzy się już za kilka godzin…

Postanowione, wieczorem idziemy posłuchać tanga i zobaczyć Tango Show w dzielnicy przodków tanga. Teraz było około południa, do wieczora jeszcze całkiem sporo czasu. Raquel Tango Shoes otwierali od 11:00, więc śmiało mogłyśmy kierować się w stronę calle Bolivar. Na mapie zlokalizowałyśmy kierunek w jakim należało się poruszać, i tym samym spacerowym krokiem ruszyłyśmy przed siebie. Po drodze natrafiłyśmy na uliczny targ warzywny, coś jak nasz mini Stary Kleparz, tyle, że bez budek i w zasadzie wszystkie stoiska ustawione był wzdłuż jednej ulicy. To tu Anna M. dostrzegła gromadkę białych pudli, którym usilnie chciała zrobić jakieś efektowne zdjęcie. Myślę, że w pamięci Anny M. Buenos Aires już na zawsze zapiszę się jako miasto białych pudli. Cóż, w końcu widok ten godny był by o nim pamiętać.

Postanowione, wieczorem idziemy posłuchać tanga i zobaczyć Tango Show w dzielnicy przodków tanga. Teraz było około południa, do wieczora jeszcze całkiem sporo czasu. Raquel Tango Shoes otwierali od 11:00, więc śmiało mogłyśmy kierować się w stronę calle Bolivar. Na mapie zlokalizowałyśmy kierunek w jakim należało się poruszać, i tym samym spacerowym krokiem ruszyłyśmy przed siebie. Po drodze natrafiłyśmy na uliczny targ warzywny, coś jak nasz mini Stary Kleparz, tyle, że bez budek i w zasadzie wszystkie stoiska ustawione był wzdłuż jednej ulicy. To tu Anna M. dostrzegła gromadkę białych pudli, którym usilnie chciała zrobić jakieś efektowne zdjęcie. Myślę, że w pamięci Anny M. Buenos Aires już na zawsze zapiszę się jako miasto białych pudli. Cóż, w końcu widok ten godny był by o nim pamiętać.

Śladem białych pudli niepostrzeżenie dotarłyśmy do początków pożądanej ulicy Bolivar. Ulica ta właściwie zaczynała się otwartym placem, a dopiero później wyraźnie przechodziła w długi pas przestrzeni, spowity budynkami po obu stronach. Kiedy zobaczyłam tabliczkę Bolivar na jednym z budynków, w zasadzie bez większych namiętności skierowałam swoje myśli wokół butików Raquel. Sądziłam, że nic nie może wyrwać mnie z tego z tanu.  A tu proszę, po prawej stronie wyrosła przed nami Liberia w starym, dobrym guście. Drewniana i pokaźna księgarnia. Buenos Aires jest jednym z miast, w których najwięcej się czyta. Stąd tyle tu księgarni, ale takich jak ta, nie było nigdzie indziej. Bez większego zastanowienia weszłam do środka nawet jeszcze nie podejrzewając, że w tym własnie miejscu zostawię znaczną część mojej fortuny pesos.

La Liberia de Avila znajduje się jeszcze w pierwszej cuadra ulicy Bolivar. Kiedy weszłam do środka, oszalałam dosłownie i w przenośni. Jest taka książka „Buszujący w zbożu”, myślę, że o mnie śmiało można by napisać co najmniej opowiadanie „Buszująca w książkach”. I to nie tylko dlatego, że uwielbiam czytać, zwłaszcza literaturę iberoamerykańskich pisarzy, ale również dlatego, że lubię te książki oglądać, trzymać w ręku i czuć ich zapach. Niestety do komputerowych książek nie mogę się przekonać. Mam jakieś takie nieodparte wrażenie, że jak przeczytam książką, a raczej jak wchłonę jej historię wszystkimi możliwymi zmysłami (chodzi tu o racjonalny dobór zmysłów), to mam wrażenie, że ta historia przez jakiś czas żyje we mnie, a jak do tego tą książkę posiadam na własność w swojej biblioteczce, to mam wrażenie, że ta historia żyję razem ze mną. Ot taki drukowany współlokator, w dodatku cichy i z reguły mądry,  a nawet pouczający. Coraz częściej niestetyż dochodzę do wniosku, że to już jedyny typ współlokatora, którego towarzystwo lubię, a już na pewno mi ono nie przeszkadza. No cóż, to ponoć przychodzi z wiekiem. Strach się bać, co to będzie jak dobije półwiecza. No ale póki co z nieokrzesaną, wręcz dziką radością i ciekawością przeglądałam kolejne regały książek. Dopiero w księgarni odkryłam, że mają tam całe osobne działy dedykowane historii ( i współczesności) tanga czy gauchos.

Chłonęłam dotykiem, wzrokiem i mym lekko zadartym noskiem. Książki, albumy i nuty. Wszystko. Stare i nowe. Za chwil kilka miałam odkryć, że to właściwie i księgarnia, i antykwariat. Zanurzona w dopiero co odkrytej literaturze ledwie usłyszałam głos Anny M. Mówiła coś o plakatach tanga. „Za chwilę”, rzekłam, trochę ją spławiając (nie ładnie, wiem). Ale chciałam chwili dla siebie i tych licznie zapisanych stronic. Każdy Kto uwielbia książki w postaci książek, myślę zrozumiałby.

Kiedy nasyciłam zmysły, zacząłem racjonalnie oceniać, co mogę i chciałabym kupić. Tyle, że nie mogę stąd wynieść wszystkiego, to wiedziałam. Co prawda nie interesowało mnie wszystko, ale całkiem spora część zastanego tu asortymentu. W końcu dotarłam do tych plakatów tangowych, a bardziej reprodukcji „starych tablic szkoleniowych” na temat jak tańczyć tango i ogólny przegląd osobowości i rzeczy ważnych, czy też użytecznych, a może bardziej charakterystycznych dla tanga…  w każdym razie coś w ten deseń. No taka wiedza, i to jeszcze ilustrowana musiała znaleźć się w moim, a docelowo w klubowym posiadaniu. Zakupiłam, a raczej zdecydowałam o zakupie. 

Przy kasie rozegrała się cała komediodramat tej wizyty. Tu zobaczyłam małe książkami z tekstami tang twórców, których bardzo cenie, w dodatku zdobionych charakterystyczną, filuterną sztuka argentyńskich zakrętasów. No więc do zakupu doszło kolejnych 9 książek. Wtedy też naszła mnie myśl, aby zapytać o stare teatralne scenariusze. To miało i ma związek z pewnym projektem, który od dawna chodzi mi pogłowie, i jak znam siebie, pewnie za czas jakiś ujrzy światło dzienne. Tymczasem wraz z panem wspinałam się na antresolę do działu teatru, a bardziej staroci z teatru. I kiedy już traciłam nadzieję, że nie znajdę tego, czego szukam, przez przypadek sięgnęłam po książkę, które była dokładnie tym czego szukałam. Que alegría! Ha, w dodatku było ich więcej niż jedna. No więc kolejnych 5 pozycji trafiło do mojej kolekcji. No i chyba właśnie wtedy zapytałam Annę M. czy ma więcej pesos, a dalej czy może mi pożyczyć 200, oddam, jak wrócimy na stancję. Miała i pożyczyła, a pytanie to miało stać się tradycją już do końca naszej podróży. Później Anna M. wielokrotnie pytała, jak ja to robię, że zabieram ze sobą niewysterczający zasób „mango” (kasy). No cóż, zwykle planowałam wydawać mniej, ale jak tu się oprzeć, gdy wokół tyle „cudów”.

Z pokaźnym zasobem papierowych cudów ruszyłyśmy w górę ulice Bolivar. Prosto do celu, czyli do butiku Raquel. Miałyśmy zapisany adres, ale odnalezione go pośród budynków wcale nie było takie proste. Masywne, drewniane drzwi, które miały być wrotami do „wymarzonego królestwa każdej Tanguery” nie zdradzały nic ze swej tajemnicy. Dopiero po chwili zauważyłyśmy niewielki szyld, prężący się na murze, dumnie obwieszczający światu, że tu mieście się owe królestwo. Drzwi były zamknięte, a ich masywność sprawiała na mnie wrażenie, jakby broniły twierdzy, na kształt średniowiecznych zamków. Nie pozostało nic innego, jak zadzwonić i czekać, co się wydarzy. Tak, zrobiłyśmy, po chwili ciszy otworzyła nam piękna, dostojna kobieta. Z łatwością radziłaby sobie z rolą księżniczki, a już na pewno wytwornej damy. Wysoka, ładnie zbudowana postać, w długich blond lokach, ciepłym, niskim głosem zapytała nas w jakiej sprawie przychodzimy. Dla nas wydawało się to oczywiste, ale jak widać wcale takim nie było. Odpowiedziała więc, że interesują nas buty do tanga. Wtedy rozwarła uchylone dotąd drzwi i zaprosiła nas do środka.

Butik Raquel mieścił się w starym, zabytkowym już (jak sądzę) budynku. Chociaż do zabytków stosunek jest tu zupełnie inny niż w Europie. Anna M. całą podróż zastanawiała się czy jest tu w ogóle jakieś ministerstwo ochrony i konserwacji zabytków, ba choćby mały urzędziki. Patrząc na tyle pięknych fasad, zaniedbanych czy wręcz popadających w ruinę, jej serce truchlało. Do tego dodajmy, że chyba dość długo panował tu zwyczaj, że jak coś się sypało, a więc naturalnie kończyło swój żywot, to nikt temu nie protestował. Ot w miejsce nieużytecznego starca stawał imponujących rozmiarów olbrzym. Stąd pewnie to architektoniczne pomieszanie z poplątaniem. Później dowiedziałyśmy się, że od niedawna rząd Argentyny uznał, że jednak warto chronić i reperować co może i stare, ale zachwycające i piękne. I zdaje się powiedziano nam, że w ścisłym centrum nie można już burzyć i budować ot tak. Chyba nawet w ogóle już nie można burzyć, ale czy budować? Przyznam, że nie wiem.

W każdym razie to wnętrze mnie osobiście zachwycało, przypominało salon dawnych pałaców. Nie kokietując zbyt długo, zawsze miałam słabości do stylu i życia Dam pałacowych. Wysoki strop, ściany i podłoga otulone drewnem, które z pewnością pamięta historię nie jednej Damy…. Do tego stylowe meble, kredens, lada, sofa i podnóżki. Z sufitu spoglądał na nas szklany, pięknie zdobiony żyrandol. Prostota zawsze sprzyjała elegancji. Ach, przecież jeszcze lustro, duże na całą ścianę. Nie wystarczy przecież przymierzyć bucik, trzeba jeszcze zobaczyć jak komponuje się on z całością potencjalnej właścicielki. 

Jest tak przyjęte, choć bardziej mówi mi o tym obserwacja niż teza powzięta, że w butiku, w części dla Klienta jest wyeksponowanych tylko kilka par butów, nigdy cały asortyment. To bogactwo kryje półmrok zaplecza. Podobnie było i tutaj. 

Na jednej ze ścian zamontowane były szklane półki. Ciekawie i ładnie komponowało się to z estetyką całego wnętrza. Na półkach ustawione były buty, nie więcej niż jedna, dwie sztuki. Nigdy para obuwia, zawsze tylko jeden bucik.

Kiedy weszłyśmy do środka, wyjawiłam jasnowłosej gospodyni, że chciałam zakupić buty, i zasadniczo więcej niż jedną parę. Wtedy otworzyły się dla nas wrota zaplecza. Już po chwili Raquel przynosiła parę za parą. Zawsze każdą z nich starannie eksponując. Tu też po raz pierwsze spotkałam się z zasadą mierzenie butów na przysłowiową stopkę. Pamiętam z dzieciństwa, że kiedyś było tak w każdym sklepie obuwniczym, nie wiem nawet kiedy zatraciliśmy ten zwyczaj, a szkoda, bo to rzecz zwykłej higieny. Nie w każdym ze sklepów, które jeszcze miałyśmy odwiedzić ten zwyczaj obowiązywał. Ale przyznam, że dał mi do myślenia. W końcu sama też chciałabym zakupić buty niemalże dziewicze.

Zachwycały kolory, zachwycały fasony. Każda para to osobna historia, każda z nich ręcznie robiona i każda w nieco innym wydaniu. Obejrzałyśmy przeszło 40 par, nie powtórzył się żaden model. Tak, mogły być dwa bardzo podobne w różnej numeracji, ale nigdy dwa dokładnie takie same. Pewnie kryły się na zapleczu, acz nie sądzę, że 2, góra 3 kopie jednego modelu. Dlaczego? Podejrzewam, że z dwóch powodów. Po pierwsze ręczny wyrób obuwia wykluczą taśmową linie produkcyjność, a zatem wielokrotną powtarzalność jednego modelu. Dlatego właśnie każdy but trzeba mierzyć, bo nim obie pary dumnie noszą numer 37, ale to może być małe 37, wąskie 37, etc. Każdy but układa się do stopy tworząc przyjazną dla właściciela (tej stopy) harmonię. Zanim jednak harmonia ów powstanie, trzeba wybrać pierwsze, choćby pozorne dopasowanie. Po drugie ręczny wyrób obuwia to fach artystyczny, a chyba żaden artysta nie lubi dwukrotnie tworzyć tego samego dzieła. Co innego but, a raczej model robiony na zamówieni, wypatrzony i sprecyzowany w założeniu. Tu jednak bardziej chodzić będzie o sztukę kopiowania, jak w malarstwie, kiedy z jakiegoś powodu Ktoś pożąda tego samego, bo pewnie zachwycił się oryginałem. No i może być powód trzeci, twórca butów, zwłaszcza do tańca, wie, że Kobieta lubi mieć coś, co ją wyróżnia, co staje się tylko jej, i razem z nią tworzy swoją własną historię…

W każdym razie pierwotnie powzięta przeze mnie myśl wybrania dwóch może trzech par  musiała ustąpić innej: to nie jest możliwe przy takim wyborze, w dodatku gdy co drugi model zachwyca i wzbudza pożądanie posiadania. Nie pozostało mi nic innego jak przyjrzeć się każdemu z owych prezentowanych bucików, ba nawet zrobić mu zdjęcie i dać sobie czas na wybór. Umówiłam się zatem z Raquel, że wrócimy z ów podjęta już decyzją w poniedziałek. Jak to się miało skończyć? No cóż, niektóre z tych butów zdobić będą piękne stopy naszych klubowych Kobiet.

Pożegnałyśmy się z właścicielką butiku i ruszyłyśmy dalej, w końcu plan dnia był bardzo bogaty, a godziny mijały nieubłaganie. 

Szłyśmy wzdłuż ulicy Bolivar, kierując się na północ. Tam bowiem znajdowało się inne królestwo, mianowicie sklep marki Flabella, ten sam, na który natknęłyśmy się poprzedniego wieczoru. Wiedziałyśmy już, że naszym celem jest calle Suispacha, a na niej więcej niż jedno królestwo Tanguery.

Byłam pewna, że coś wybiorę dla siebie w Flabelli, w końcu tej marki mam kilka par butów do tańca, które wiernie mi służą od przeszło 7 – 8 lat. To za co najbardziej je cenie, to bardzo kobiece, romantyczne wręcz fasony. Jakim to było dla mnie rozczarowaniem, gdy buty, które tak pięknie prezentowały się nocą, w świetle dnia traciły swój blask jeden po drugim. Ostatecznie najbardziej podobała mi się aranżacja wystawy i obuwie dla Panów, na ale przecież nie po to tu przyszłam. Po sąsiedzku znajdowała się sklep innej znanej marki, ale tam nie chciałam wchodzić. Miałam ich jedną parę, ładną, a i owszem, ale bardzo twardą. W dodatku złamałam w nich obcas, albo obcas złamał się mnie. Tak czy inaczej, nie chciałam tego doświadczenia powtarzać.

 

Na przeciwko znajdowały się dwa inne sklepy Todo Tango i sklep, którego nazwy nie zapamiętałam. Zajrzałyśmy do wpierw do Todo Tango. O ile do sklepu Flabelli można był wejść ot tak z ulicy, o tyle do by przekroczyć szklane drzwi Todo Tango, trzeba było powtórzyć rytuał „toque al timbre”. Otworzyła nam niska kobieta, w sile wieku. Do dziś nie wiem jaka była jej rola, ale sądząc  zachowaniu to bardziej coś na kształt „bodygarda” niże uroczej ekspedientki. W głębi sklepu, za ladą stal młody mężczyzna, bardzo kontaktowy i uprzejmy, i na szczęście to on był szefem.

Tu, podobnie jak u Raquel było w czym wybierać. Nie była to jakość butiku, ale wiele modeli były po prosty ładnych i zgrabnie zrobionych. Todo Tango ma swoją fabrykę, jak się później dowiedziałam, a więc powtarzalność fasonów była większa. Tu również ciężko mi było zdecydować się: które. Coś jednak wybrałam (w końcu nie byłabym sobą), ale nie chcąc obarczać się ekwipunkiem na dalszą część spaceru po San Telmo, umówiłam się a inny dzień. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam „feriado”, co za kilka dnia miało nam przysporzyć nie lada kłopotu. Wtedy jednak założyłam (o ludzka naiwności), że to będzie ich prywatne „feriado”, czyli czas wolny. W końcu w Buenos był właśnie czas wakacji. 

Co tu dużo mówić, te wizyty a zwłaszcza podejmowanie decyzji: które, kiedy chce się mieć wszystkie, no, przynajmniej większość, męczy, nawet bardzo. Ja byłam już znużona, a co dopiero Anna M., aczkolwiek chyba własnie tego dnia począł w niej kiełkować pomysł o zakupie swoich pierwszych, własnych butów do tanga. Zapadła decyzja, czas na kawę i chwilę odpoczynku. Kawy chciałyśmy napić się w słynnej Café Tortoni. Pożegnałyśmy się z miłym szefem Todo Tango i czas było ruszać, ponownie na południe. Po drodze był jeszcze jeden sklep z butami, ale rzuciłam pobieżnie okiem po wystawie i to wystarczyło, żeby uznać: dzisiaj tu nie wchodzimy.

Café Tortoni, to zdaje się najstarsza w miarę oryginalnie zachowana kawiarnia w Buenos Aires. Mieści się przy Avenida de Mayo i jest polecana przez każdy przewodnik po boskim Buenos. Faktycznie już w niedalekiej przyszłości miało się okazać, że jest warta polecenia.

A więc na pyszną kawę do Café Tortoni. Nawet Anna M. miała ochotę na kawę, choć konsekwentne realizowała swój plan podmiany uzależnienia na zdrowsze, tzn. przechodziła z upajania się kawą na upajanie się yerba mate. Trunek ten faktycznie jest dobry, zwłaszcza kiedy posiadło się już trudną sztukę jego przyrządzania. Ja jeszcze jej nie posiadłam i nie chciałam teraz tracić czasu na jej studiowanie. Zostałam więc przy kawie, tym bardziej, że kawa smakuje tu wybornie. Ach…

Avenida de Mayo to z kolei jedna z największych ulic w dzielnicy San Telmo. Znalezienie pożądanego adresu Av. de Mayo no 825 nie powinna nam sprawić dużego kłopotu, a jednak… Kluczyłyśmy dobry kwadrans nim trafiłyśmy pod upragniony adres, teraz już z wyraźnym żądaniem (ciała lub umysłu): podajcie kawę. Tak nawiasem mówiąc Café Tortoni znajduje się niemal na przeciwko „hiszpańskiego” baru, w którym spędziłyśmy wczorajszy wieczór. Z każdym następnym dniem takich przypadkowych odkryć miało być coraz więcej w naszym życiu.
Przed wejściem do interesującej nas kawiarni stał mężczyzna w wieku dojrzałym, co nas trochę zmyliło, a może bardziej speszyło, dlatego szukałyśmy wejścia u sąsiednich drzwi ozdobionych zdaje się malunkiem pary tangowej. Nic z tego, te drzwi do upragnionej kawiarni nie prowadziły. Nie pozostało nam zatem nic innego, jak bliżej zbadać temat drzwi z dojrzałym Panem na przedzie, który i tak od dłuższego czasu na nas spoglądał. Nie wiem tylko, czy od pierwszej chwili był pewny, że błądzimy, bo tego był pewien, a tego jest z kolei pewna ja, czy zorientował się dopiero, kiedy zaczęłyśmy okupować sąsiednie drzwi. Zerkał na nas, nie zdradzając się jednak, że zna rozwiązanie naszej zagadki, i nawet kiedy za chwilę miałyśmy z nim stanąć twarzą w twarz, zachował dyskretne milczenie i eleganckim ruchem zaprosił nas do środka. To był Nestor, niestety mimo obietnicy, nie mogłam go już ponownie odwiedzić…

Czemu nas ta sympatyczna postać speszyła? Otóż w naszym kraju dawno już nie ma, a przynajmniej ja nie pamiętam czasów, kiedy w lokalu czy kawiarni był tzw. kierownik sali. Ta nazwa nie pasowała mi do Nestora i dobrą chwilę zastanawiałam się Kim On właściwie jest. Teraz to ja mu się przyglądałam i rosło we mnie spontaniczne pragnienie, żeby z Nim porozmawiać. Miał coś fascynującego w wyrazie twarzy, coś co budziło moje ogromne zaufanie i ciekawość. Póki co nie zdradzałam się z tym pomysłem Annie M. Dopiero, co usiadłyśmy przy stoliku i poczęłyśmy przeglądać tutejsze Menu.

Złożyłyśmy zamówienie na kawę i sałatkę owocową, teraz mogłyśmy na spokojnie przyjrzeć się miejscu, w którym się znalazłyśmy. Usiadłyśmy niedaleko wejścia skąd rozpościerał się widok na całe wnętrze kawiarni, i gdzie pojawiał się Nestor, równie bacznie, co my przyglądając się sali. To tylko potęgowało moją ciekawość jego osoby.

Wnętrze kawiarni charakterem przypominało mi wystrój dworca kolejowego jakie znam z filmów z dawnych lat. Wysokie sklepienie, marmur na ścianach i kamienna, połyskująca posadzka. Meble z solidnego, masywnego drewna w naturalnym kolorze. Po lewej stronie znajdował się duży, reprezentatywny bar, bardziej przypominający sklepową ladę. Wokół niego rozstawione zostały stoliki i krzesła, co razem tworzyło wrażenie spójnego labirynty, o ile labirynty takowe być mogą. Przestrzeń ciągnęła się w głąb lokalu, i z naszego miejsca widać było, że jest coś dalej, tyle, że na razie nie wiadomo co. Na ścianach wisiały stare obrazy i zdjęcia, pewnie ważnych osobistości. W czasach świetności Buenos Aires była to ulubiona knajpa artystycznej klienteli, a i dziś gromadzi Znamienitości, choć na co dzień pewnie więcej tu ciekawych turystów, niż lokalnych person.

Zamówienie zostało zrealizowane dość szybko, więc zanim oczy pojęły urok tego wnętrza, kawa już została nam podana. Tym razem przez Kelnerkę, w eleganckim czarnym uniformie.

Kawę wypiłam niemal jednym chełstem mając nadzieję, że prędko przegoni to wszechogarniający mnie stan znużenia i senności. Bądź co bądź, w końcu nadchodziła pora sjesty. Z sałatką zeszło nie co dłużej, co prawda nie zachwycała ani wyglądem, ani smakiem, ot pokrojone owoce, ale z pewnością była pożywna i zdrowa. Posilone zastanawiałyśmy się co dalej z naszym dniem, zwłaszcza, że czas sjesty domagał się od nas oddania mu należytego hołdu w postaci drzemki, a Kto mnie zna, ten wie, że do akurat do tego namawiać mnie nie trzeba.

Byłam już skłonna zbierać się do wyjścia, jednak uporczywa ciekawość osobą dojrzałego Pana w niebieskiej koszuli nie dawała za wygraną, ostatecznie wzięła górę. Zakomunikowałam Annie M. co zamierzam i ruszyłam w stronę owego Mężczyzny.

Przedstawiłam się i w zasadzie rozmowa potoczyła się sama. Tak własnie tu bywa, wystarczy okazać chęć rozmowy i się przedstawić. Dla mnie raj, dla Anny M. poniekąd utrapienie, acz bramy tego raju okupione były jako taką znajomością języka hiszpańskiego.

Dojrzały Mężczyzna o radosnych oczach i spokojnej twarzy miał na imię Nestor. Ucieszył się na rzecz podjętej rozmowy, ba zaproponował nawet, że nas oprowadzi i opowie co nieco, zwłaszcza, że byłyśmy z Polski. A co oni tu mają z Polski? Gombrowicza mają, ba! Toż nie byle co! I nie było w tym krzty zuchwałości, ot zwyczajne stwierdzenie, że Café Tortoni bywało wiele znakomitości, a pośród nich nawet Polak o nazwisku Gombrowicz. Po dziś dzień przechowują w gablocie jedną z jego książek, podpisaną przez pisarza. Miałyśmy zobaczyć te cenne pamiątki na własne oczu w towarzystwie Nestora, który z chęcią i niesamowitym wdziękiem wszedł w rolę naszego przewodnika.

Co do Gombrowicza, to do tej pory nie budził rozległej krainie mych uczuć większego afektu. Ot pisarz, a raczej autor Ferdydurke, z lekturą której męczyłam się okrutnie w czasach liceum. Teraz myślę, że to zwyczajnie nie było dla rozmarzonej nastolatki. Anna M. za to od czasu do czasu wspominała, że chodziło jej po głowie zabrać w te podróż „Dzienniki” właśnie rzeczonego pisarza. Ostatecznie ich nie wzięła i nasz kontakt z Gombrowiczem ograniczył się do podziwiania jego podpisu w gablocie Café Tortoni. Jednak, jak się miało okazać, miało to na mnie większy wpływ niż sądziłam. Ba! w końcu z dwóch możliwych nazw „pamiętniki” i „dzienniki” wybrałam tą drugą, acz tu wpływ miał również obraz filmowy, a bardziej projekt okładki z filmu „Dzienniki motocyklowe”, które obejrzę pewnie raz jeszcze. A pan Gombrowicz? Chyba właśnie wtedy też zaczęła kiełkować w mojej głowie myśl, żeby sięgnąć do jego książek, niekoniecznie od razu do „Ferdydurkę”. I tak się stanie.

Jako krajanki znanego tu pisarza, ruszyłyśmy w głąb kawiarni z Nestorem u boku. Zaprowadził nas do niewielkiego pomieszczenia przylegającego do sali głównej. Kiedyś był tu salon dla mężczyzn, miejsce na kształt biblioteki możnych Panów w dawnych wiekach. To tam właśnie eleganccy Panowie wychodzą na cygaro i lampkę koniaku po wystawnym obiedzie. I tam też toczą się męskie sprawy, niedostępne kobiecym uszom. Choć myślę, że wtedy Kobiet aż tak się nie paliły do tego, że męski świat był im dostępny, bo po pierwsze ich był równie ciekawy, a po drugie sprawy majątkowe, a zwłaszcza zdolność ich utrzymywania, a nawet pomnażania nie jest znowu aż tak ekscytująca. Teraz bardziej przynosi niezłą dawkę stresu niż tamtej ekscytacji na miarę gorączki złota. 

Miejsce to, ten salon czy klub wytwornych Panów nie było wielkie, dziś raczej przypominało lekko zatłoczone zaplecze, takie, jakie pamiętam ze starych pracowni biologicznych. Podobne gabloty, a w nich uwięzione dzieła. Pewnie, gdybym była w ich posiadaniu, też bym je więziła, może jedynie cel były by szykowniejsze. I umówmy się nie dla wszystkich to skarby budzące zachwyt czy pożądanie. Dla nie których to zwyczajne „złoża wiekowej kultury”. Ot jakaś książka, kawałek porcelany. Może właśnie nie wiele osób tu zaglądało. Staliśmy tam dobre 40 minut i w tym czasie nikt po za nami nie pragnąć zwiedzić tej komnaty dawnego przybytku. Dla mnie to była prawdziwa kopalnia diamentów z czasów już zapomnianych, czasów w których lubuję się okrutnie, czasów wytwornych manier.

No dobrze Panowie zanurzeni w sowich interesach, sprawach i dyskusjach. A Panie? Co z Kobietami u licha? Nie myślcie sobie, ani przez moment idea równouprawnienia przeze mnie nie przemawiała, ot ciekawość, co się z nimi wtedy działo? No bo przecież nie zostawały na drugą kawę, a tym bardziej na następny posiłek. Hm, gdzie były zatem? I w sumie to nie wiem, czy Panowie przychodzili już bez Kobiet, hm…

Za lat kila kiedy głosy w walce o równouprawnienie przybiorą na silę i kobiety będą tu mieć swój salon, a to za sprawą Pewnej damy, której nazwiska nie zapamiętała. Zdaję się jednak, że jako młoda Panienka powiła owoc miłości i  z tym owocem samotnie się po świecie tułać musiała (no może nie tułała, ale jakoś pasuje mi tu watek zgoła tragiczny). W końcu nic tak nie hartuje ducha, jak porządna dawka tragizmu i goryczy, choć współcześnie nazwalibyśmy to frustracją czy bezradnością. U jednych powoduje to wycofanie, a drugich wręcz przeciwnie, wyzwala wolę walki. I tak zdaję się było z ową Damą i jej owocem, i dodam, że z pewnością jej Owocu owocem nie nazywano, nie w tych czasach, oj nie! Ja nie mam nic do równouprawnienia, bardziej mi zależy, żeby każdy mógł stanowić o sobie (o ile na to powalają finanse i uwikłania rodzinne), a to jakby nie było, żądanie unisex.

Podziękowałam Nestorowi za tyle ciekawych historii, za wrażenia i ciepłe przyjęcie. Pożegnałam się i obiecałam raz jeszcze zajrzeć tu jeśli nie na Tango Show, to choćby na kawę.

Spokojnym, miarowym krokiem wracałyśmy w kierunku ulicy Carlosa Calvo, do naszej tymczasowej rezydencji. Nie wiem w jakim nastroju szła Anna M., ja wciąż pozostawałam w stanie oszołomienia, coś jak mój osobisty króciutki epizod prosto z filmu pana Allena, rzez o „O północy w Paryżu”. Ach… Zaglądałyśmy jeszcze do sklepików, ale nic już nie zrobiło na mnie takiego wrażenia, jak rozmowa z Nestorem. Nawet nie wiem kiedy dotarłyśmy pod wskazany adres. Zostało tylko odwiedzić Chino w wiadomej sprawie i spokojnie udać się na piętro, na konsumpcję i sjesta, jakże ona mi była teraz potrzebna… Ja się położyłam, Anna M. robiła sprawunki, wytyczała kolejne plany i przeglądała nasze poranne zakupu. To właśnie wtedy trafi na zdanie w jednej z zakupionych przeze mnie książek :(…) una canalla, un pión (…). Do dzisiaj próbujemy je odnaleźć i do dzisiaj trwa spór o właściwą wymowę słowa: canalla, ja bym powiedziała: canaźa, Anna: canadźa i masz babo placek! I żeby nie pozostawiać Was w rozterce obie wymowy są poprawnie, ot kwestia akcentu, jeden z Buenos, drugi z Cordoby. Ot i cała Argentyna!

Wieczorem czekało nas nasze pierwsze (i drogie) Tango Show, dnia następnego słynny targ na Plaza Dorrego i „Peña Flamenca” w tutejszym Perro Andaluz, również na calle Bolivar, mojej ulubionej. Kiedyś napiszę dlaczego, a tym czasem upragniona drzemka, w końcu jeszcze wiele miało się wydarzyć, a no to trzeba sił.

Diarios de una Peliroja