Końcem stycznia gościł w klubie Matías Guiñazú, argentyński nauczyciel tanga. I cóż nam z tego przyszło?

A no kilka rzeczy, najważniejsza z nich to wrażenie przyjemnego nasycenia tangiem i sobą. Nowe doświadczenia i wiedza. Refleksje i wspomnienia. Plany na przyszłość i stare – nowe pragnienia…. No tak, ale co z tym wspólnego ma jakaś mrówka? Pomyślicie, a może nawet zapytacie sami siebie. Już śpieszę z odpowiedzią. Najpierw zaś wprowadzenie celem stworzenia odpowiedniego tła opowieści (wzorując się na jednym z moich ulubionych współczesnych pisarzy hiszpańskich). Zatem do rzeczy…

Nie znaliśmy się jeszcze osobiści z Matíasem, poza ustaleniami, że program warsztatów ma skupiać się wokół prowadzenia i muzykalności, a nie tylko skomplikowanych sekwencji kroków, że klub i ja z każdym rokiem coraz mocniej osadzamy się w stylu tango puro, w zasadzie nie wiedzieliśmy o sobie zbyt wiele. Ba nie wiedzieliśmy o sobie nic.

Warsztaty były zaplanowane niedługo przed moim wyjazdem, toteż tuziny spraw do załatwienia skutecznie zajmowały moje myśli i broniły wstępu obawom. „Co ma być, to będzie” z tym przeświadczeniem trwałam w oczekiwaniu na Maestro. Nieszczęsne huragany w Niemczech, które spowodowały zatrzymanie komunikacji pociągów i w zasadzie większości środków transportów, napędziły nam stracha. Nie wiadomo było, czy Matías w ogóle przyjedzie. No, ale jak już wspomniałam „co ma być, to będzie”. W piątek, w dniu jego podróży dostałam wiadomość, ze wyjechał już o 4 nad ranem (samolot o 16:30), żeby ewentualne opóźnienia pociągów pozwoliły mu dotrzeć na czas. Jak się okazało dojechał na lotnisko we Frankfurcie bez żadnych opóźnień (dobra wiadomość) i czekała go perspektywa co najmniej 6 godzin po średnio dobrze przespanej nocy (zła wiadomość). Kamień z serca, kiedy okazało się, że dotarł na lotnisko i żal, że się okrutnie zmęczy lub wynudzi, albo i jedno i drugie. Ja przynajmniej nie znoszę czekać. Chciałam mu jakoś ulżyć w tym tragicznym czasie oczekiwania, więc rozpoczęliśmy wymienianie luźnych uwag we współczesnym kanale komunikacji bezpośredniej – Massengerze. I uwaga, tu po raz pierwszy padnie słowo mrówka. Rzecz w tym, że kiedy Matías mniej lub bardziej znudzony oczekiwał swego żelaznego ptaka, ja byłam w samym centrum 1000 i jednej spraw do załatwienia, o czym poinformowałam internetowego rozmówcę. Na co on, nie wiele myśląc (przypuszczam) odpisał, że wygląda na to, że mam Mrówki w… (domyślacie się już pewnie gdzie), ale nie szkodzi, bo w gruncie rzeczy jemu się to podoba. To miała być zapowiedź tego, co już wkrótce miało się wyjść na jaw.

Tak zastało nas piątkowe popołudnie. Ja tuż prze lekcją flamenco, Matías u wrót powietrznej machiny. Ufff… przyleci! Jeszcze tylko mała logistyka, jak odebrać naszego gościa z lotniska (tu idealnie sprawdziła się Ala) i możemy zacząć wspólny tangowy weekend.

Nie oszukujmy się wszyscy byliśmy ciekawi aparycji naszego Maestro, jego tańca i co najważniejsze, jego chęci do tańca z nami, kobietami. Ja zobaczyłam go po raz pierwszy, kiedy weszli do klubu, opatulonego w czapkę i szalik. Spoza kłębi wełny wyglądały spokojne i może trochę niepewne/onieśmielone oczy. Więc tak, Maestros też przeżywają niepewność… jak dobrze… Choć może było to zwyczajne zmęczenie po tylu godzinach w podróży…. W każdym razie widok Matíasa drugi raz w życiu wywołał we mnie odczucie (średnio przyjemne) „kobieta Kin kong”. Na szczęście znika ono zwykle już w pierwszym tańcu, może drugim, a na pewno w trzecim. I wtedy przychodzi na to miejsce najpierw ulga (uff, nie przewróciłam go), a zaraz po nim błogie uczucie ukojenia, że można zamknąć oczy i porostu tańczyć. Obfity koloryt tych odczuć krążyły po mojej głowie na piątkowej praktyce, w końcu dnia następnego miałam asystować Maestro na warsztatach tanga i milongi. Nie dość, że był to mój debiut w tej roli, to jeszcze na warsztaty zapisało się pokaźne grono moich uczniów. I mówcie co chcecie, ale ja zawsze się obawiam, zastanawiam, „czy wcześniejsze zeznania były prawdziwe”. Innymi słowy, czy to czego o tangu uczyłam na coś się teraz przyda. I nawet nie wiecie jako to rozkosz dla mojej świadomości, kiedy moje zeznania są zbieżne z tym, co mówił Maestro. 

Wróćmy jeszcze do pierwszego wieczoru i piątkowej praktyki tanga. Ja rozwiałam obawy, a Matías dał się poznać jako serdeczny i skromny młody mężczyzna. Tańczył z naszymi dziewczynami i chyba zwyczajnie dobrze się bawił. Miałam wrażenie, że wciąż to onieśmielenia nieśmiało wygląda z jego oczu. W każdym razie nic nie zapowiadało zbliżających się mrówek….

Sobota, pierwszy dzień warsztatów i pierwszy dzień bufetu. Ranek minął na przygotowaniach. Około południa do klubu zaczęli schodzić się kursanci, i w mig cisza klubu rozpłynęła się bezpowrotnie, przynajmniej do poranku dnia następnego. 

Ja szykowałam przekąski, Matías oswajał nasz klubowy mikser. Już tylko minuty dzieliły nas od rozpoczęcia warsztatów, kiedy Maestro wyrwał mnie z obłędu kulinarnych przegotowań, w końcu nie ta rola pisana mi była na ten dzień…. Pierwsze tango na rozgrzanie, ostatnie wskazówki i konsultacje i mogliśmy zaczynać. Kilka minut po umówionym czasie zaprosiliśmy grupę do sali. Jeszcze tylko mój speech i możemy tańczyć. Ja przebojowa, Matías onieśmielony i skromny. Nadal ani śladu mrówki…

Pierwsza lekcja tanga i temat elegante salida, czyli jak elegancko zacząć taniec. Dobierając program warsztatów poprosiłam Matíasa o materiał do pracy nie tylko ze skomplikowaną sekwencją ruchu, ale przede wszystkim nazwijmy to roboczo movemntem. Co mówi ciało, zanim ruszy noga. Dysocjacja, projekcja i muzykalność to właśnie miało być sednem wszystkich zajęć. Do tego oczywiście małe, acz ciekawe sekwencje kroków i możliwe do zastosowania niemal wszędzie. I tak z prostej i bardzo eleganckiej salidy wyszła pełnometrażowa lekcja z omówieniem bazowej techniki kroku, motoryki ruchu, etykiety cabazeo, nawigacji en la pista  i możliwości „włączania się do ruchu”.  I tak niepostrzeżenie minął nam warsztat pierwszy. No warto jeszcze dodać, że lekko przeze mnie przymuszony Maetrso porzucił swój sweter, bądź co bądź fajowy, ale nie na tę okoliczność… Kiedy ujrzeliśmy jego movment, miękkość i precyzje w prowadzeniu …. to było coś. 

Pierwsza przerwa kawowa, wtedy to Matías zdradził mi, że nie przepada za słowem/tytułowaniem Maestro. Powiedział (…) soy Matías y ya (…),  i jakby chciał dodać: suficiente, miast tego puścił mi charakterne spojrzenie i bezwiednie wzruszył ramionami, jak chłopaki z naszej dzielnicy… no i chyba tu właśnie jest zapowiedź mrówki.

Milonga, lisa y traspie. Co my z tym właściwie mamy zrobić? prosta sekwencja, bardziej gry z ciałem niż krokami, do zastosowania absolutnie wszędzie. Maestro się rozkręca, widać i czuć, że milongi to jego żywioł. Kiedy wykładał, nadal przebijała się przez niego skromność i czujność wobec siebie i grupy, ale kiedy już tańczył? To po prostu tańczył. Ale jak? proste rzeczy, rytmiczne cacka i charakterność argentyńskiej milongi. Miało to wszystko, jak chłopak z tej dzielnicy. Coś pięknego. Mnie ta lekcja zmęczyła, bo niby nic nie zrobiliśmy, a jednak zrobiliśmy… sama nie wiem. Lekcja kolejna i milongowa calecita. Panowie, powodzenia! To zwłaszcza był trudny materiał dla Was. Dobrze poprowadzona caleciita, do tego w muzycznie wymaga niemal szwajcarskiej, żeby nie powiedzieć niemieckiej precyzji. Karuzela poszła w roku i nim się spostrzegliśmy wybiły ostatnie minuty lekcji. Wyraźnie zmęczeni z lekko otępiałym wyrazem twarzy (no, przynajmniej niektórzy) udaliśmy się na zasłużony odpoczynek, tak przynajmniej przypuszczam.

Jeszcze tylko przygotowanie klubu i można szykować się na wieczór. Maestro chciał choć na chwilę „rozprostować nogi”, zanim wejdzie w rolę Dj-a, wysłałam go więc do domu, a sama jeszcze krzątałam się w klubie. Kiedy wróciłam do domu, Maestro jeszcze się „prostował”, chwilę później rozpoczął wieczorną toaletę i ruszył do klubu. Jak na złość jego nowe programy dj-skie odmówiły współpracy własnie w chwili rozpoczęcia milongi. Jeśli odczuwaliśmy jakiekolwiek zmęczenie, to nieoczekiwana chwila napięcia rozgromiła je w kila minut. W końcu szczęśliwie udało się odpalić muzykę, niestety bez ów programów, ale muzyka grała, a to na milondze najważniejsze. Wieczór toczył się spokojnie i miło, i podczas gdy we mnie narastało zmęczenie i chęć zalegnięcie w łóżku, Matías coraz bardziej dawał ujście swoim mrówką. Pilnował muzyki, a jakże!  W tak zwanym między czasie zaś obtańcowywał nasze tanguery, ku swoim i ch zadowoleniu. Moim także, bo raz czy dwa obtańcowana również byłam.

Wróciliśmy do domu w dobrej formie, ja przynajmniej psychicznej, bo moje ciało, żyło już własnym życiem. Po Maestro nie widać było ani cienia zmęczenia. Czuł się świetnie i właśnie wzięło go na wieczorne rozmowy. Mnie długa namawiać nie trzeba do konwersacji, zwłaszcza kiedy tematy są ciekawe, a były…więc przegadaliśmy pół nocy, jak na szkolnej kolonii. I tu chyba na dobre pojawiła się mrówka. Siłą niemalże musiałam zakończyć nocne rozmowy, w końcu za kilka godzin czekały nas warsztaty, a tu siła i przytomność umysłu jest wskazana, żeby nie powiedzieć niezbędna.

Kolejny dzień, zebraliśmy się w klubie całkiem sprawnie. Poranna kawa, i poranne pogaduchy. Spokojnie i przyjemnie, nawet leniwie troszkę, tak lubię zaczynać dzień. Ale nie Maestro, o nie! Mrówka już na dobre w nim szalała. Wezwał mnie dyplomatycznie na salę celem rozgrzania się przed zajęciami. Ustalił ze mną końcowe kwestie merytoryczne i lekcje czas zacząć. Barridas. Klasycznie i elegancko, no nie było latwo. Temat z założenia prosty, ale wykonać barridę elegancko i z pazurem, to jest wyzwanie. Rzecz rozbija się o to gdzie połączyć stopy, a gdzie nie, u kobiet przynajmniej. Panowie natomiast muszą utrzymać w zwartym szeregu całe ciało, zwłaszcza zaś, zapanować nad wypadającą z ów szeregu pupą. Zaczęliśmy od techniki prowadzenia barridy, by móc przejść do wariantów jej zastosowania. I tak nam się spodobało, to co Maestro ma do przekazania, że następnym razem barridy również muszą być. I będą. Tym postanowieniem zakończyliśmy pierwszą lekcje. Krótka przerwa i mogliśmy zacząć lekcje milongi. Teraz Maestro był w swoim żywiole, szalała w nim już nie jedna mrówka, ale całe stado. Jak on tańczy! Podłoga pali mu się pod nogami, no chyba to zwyczajnie lubi. Precyzyjne prowadzenie, muzykalność i charakterność, ach jak ja to lubię u tancerzy. Coś pięknego. Kto był i widział, ten wie.

Na lekcji kontynuowaliśmy pracę na dynamiką i zmianą poziomów w milonga lisa i traspie. To jak się okazuje też nie jest takie proste, ale jak człowiek załapie, to zabawa na 102. Wiem, co mówię, bo na tej lekcji też miałam sposobność tańczyć w roli lidera. Uczyliśmy się, trochę się przy tym pocąc, ale zabawa była przednia. nawet nie zauważyliśmy, kiedy zastała nas przerwa obiadowa. Rozbawieni i zadowoleni udaliśmy się do dali obok na pyszny krem z dyni i równie pyszną kawę. I znów zrobiło się tak leniwie miło, że moglibyśmy tak siedzieć bez końca. Ale nic z tego. Wybiła godzina ostatniej lekcji. Na warsztat idą krzyżyki. Założę się, że większość uczestników pomyślała: Ha! Prościzna. Otóż nic z tych rzeczy! Prowadzone krzyżyki wymagają dużej precyzji w ruchu i biada tym, którzy są na bakier z dysocjacją. Materiał ciekawy i do wykorzystania praktycznie na każdej milondze, zatem było o co walczyć. Panowie zaparli się w sobie i już po chwili krzyżyki sypały się z każdej strony. Ten temat też nam się podobał, więc i krzyżyki zrobimy w przyszłości. Tymczasem warsztaty dobiegły końca. Matías swoim entuzjazmem i skromnością podbił serca klubowiczów, nic dziwnego więc, że klubowicze domagają się Go ponownie. I już dzisiaj obiecujemy, że gościć Go będziemy ponownie.

Pożegnaliśmy się serdecznie z klubowiczami, teraz jeszcze kolacja i krótki spacer. W końcu nie przystoi być w Krakowie i nie zobaczyć choćby rynku i sukiennic. Przyznaję, ja odpadłam. Moje ciało żyło już swoim życiem i domagało się najpierw jedzenia, a potem snu. Matías? Nic podobnego, miałam wrażenie wręcz, że dla niego dzień się dopiero zaczynał. Zjedliśmy po włosku, konwersując o tangu i tym podobnym, pośpiechem się brzydząc. Ale, ale niedługo mieli zamykać, moje ciało coraz bardziej domagało się snu, a tu jeszcze czekał nas spacer, bądź co bądź w zimowej aurze. Myślałam, że jak dojdziemy do rynku, turystyczne oko Maestro się nasyci, zmęczenie weźmie górę i wrócimy do domu. No cóż, nie doceniłam szalejącej w nim mrówki. Zobaczyliśmy i rynek (wzdłuż i wszerz) i Wawelskie Wzgórze i przedsionek Kazimierza. Maestro był zachwycony, zaglądał, oglądał i robił zdjęcia. Po blisko dwóch godzinach uznałam, że czas poskromić mrówkę i dobrowolnie lub pod przymusem zaprowadzić Maestro do domu. W końcu rano miał wracać do swojego miasta, a ja marzyłam napawać się błogostanem umysłu w swoim ciepłym łóżku. Tak też się stało. Błogostan pojawił się zasłużenie, warsztaty udały się pysznie, Maestro okazał się być miły, sympatycznym i dowcipnym człowiekiem, a jego „mrówki” dodawały mu wręcz chłopięcego uroku. Wielka to była dla mnie przyjemność tańczyć u boku Matíasa i razem z nim prowadzić dla Was warsztaty. Dziękuję. Amelia

Galeria fotografii z tangowego weekendu con Matías Guiñazú >>