Trzy dni tango puro w magicznym Krakowie. 

Inspiracją było dla nas spotkanie przy kawie, kultura bycia razem. Tradycyjne picie kawy ma swoje rytuały. Nie inaczej jest z tangiem. Tak jedno, jak drugie nie znosi pośpiechu, wymaga elegancji i poszanowania etykiety. A wszystko po to, by móc delektować się „smakiem”. Chcieliśmy, żeby taki było ten weekend. Elegancki i ze smakiem.

Jakie było Tango Café? Przez te trzy dni delektowaliśmy się smakiem najprawdziwszego tango puro. Bez wątpienia przyczynili się do tego nasi goście. Charyzmatyczna Malena Veltri, i skryty, a nawet trochę tajemniczy Luis Delgado.

Dzisiaj, wspominając te pełne wrażeń trzy dni, możemy powiedzieć, że nam się udało. Przez cały ten czas byliśmy razem. 
 
Zaczęło się od warsztatów. Piątkowe popołudnie i unosząca się klubie atmosfera ekscytacji… Malena Veltri i Luis Delgado mieli być w klubie po raz drugi. Zatem wiedzieliśmy już, że możemy spodziewać się ciekawych sekwencji tanecznych do nauki i bardzo klarownie prowadzonych lekcji. Pierwszego dnia pracowaliśmy nad techniką, solo i w parach. To, co wynieśliśmy z tej pracy, to przekonanie o tym, jak precyzyjny powinien być ruch naszego ciała. Tu nie ma przypadku. Każdy krok poprzedza jego projekcja, projekcję zaś zamysł, tego, co chcemy zrobić. Ciekawe i (nie)proste ćwiczenia, jak nauczyć się pięknie chodzić, gdzie tkwi sekret dobrze zrobionego giro oraz jak „tworzyć” swoje ozdobniki. Nad tym przynajmniej pracowały Panie. Potem lekcja techniki w parach i klucz do wspólnego tańca – abrazo, balanceo y caminata. Kiedy opanujemy te trzy elementy, będziemy tańczyć tango. Inna rzecz, ile czasu i pracy wymaga dobre abrazo y caminata. To wie, każdy bardziej doświadczony tanguero. Nie bez kozery mówią, że najtrudniej w tańcu jest chodzić. 
 
Po warsztatach, krótka przerwa i pierwsza wieczorna milonga – milonga polskich tang. Nazwaliśmy ją „Milonga Sentimental”, bo dla nas była to sentymentalna podróż do tradycji dawnych lat. Ciekawi, trochę z obawą zaczynaliśmy ten wieczór. Polskie tanga przywodzą na myśl rzewne melodie, a nie chcieliśmy bynajmniej pogrążyć się w przedwojennej zadumie. Przeczuciem sukcesu tego wieczoru był nasz TDj Bazyli, specjalista od wyszukiwania nietuzinkowej muzyki do tańca. Choć było inaczej niż z muzyką argentyńskich tang, to wieczór zaskoczył nas bardzo pozytywnie. Klub wypełniał gwar radosnej atmosfery. Tańczyliśmy, rozmawialiśmy i śmialiśmy się cały wieczór. W dobrych nastrojach szykowaliśmy się na dzień następny.
 
Sobota,  godzina 11:00. Uśmiechnięci i gotowi do pracy. Zaczynamy warsztaty tanga. Caminata i Gancho do obiadu, a po przewie mierzymy się z dynamiką milongi.. Technika dla Niej i dla Niego. Precyzja  i pewność tego, co chcemy zrobić. I tu też nie było przypadku. Wszystko „has to be comend”, jak powtarzała Malena. Wszystko co tańczymy, musi być poprowadzone. Tylko tak mamy szanse na spotkanie i dialog, jakim jest tango. Wybiła 17:00, zmęczeni i usatysfakcjonowani kończymy zajęcia. Kilka godzin później spotkamy się ponownie, na milondze rzecz jasna!
 
Na sobotni wieczór zaplanowaliśmy milongę z muzyką na żywo. Nazwaliśmy ją „Milonga del Oro” nawiązywała do tradycji Złotej Ery tanga. Czasów szarmanckich mężczyzn i eleganckich kobiet. I rzeczywiście był to wieczór wytwornych mężczyzn i zachwycających kobiet. Elegancki i ze smakiem, idealnie skomponowany z przedwojenną stylistyką miejsca. Tangueros zadbali o elegancki wgląd, co szybko przywoływało klimat dawnych lat.
 
Pierwsze tandy tańczyło kilka par. Goście, jeszcze trochę onieśmieleni przyglądali się sobie wzajemnie. Stopniowo przybywało tańczących par na parkiecie. Wieczór nabierał uroku. Dwie godziny później tańczyła już cała sala. Przyszedł czas na wyczekiwany pokaz i muzykę na żywo. Rozpoczęli Luis i Malena tańcem do lirycznego utworu, zaraz potem dołączyła orkiestra. Carlos Roulet i Edgardo Otero Salvador Trio. Zabrzmiało argentyńskie tango z autentyczną mocą i pasją. Muzyka porwała do tańca nie mal wszystkich. Pary wirowały w tańcu i czuć było „unoszące się emocje”… Wspaniałe doświadczenie.
Koncert wyborny, rozległy się gromkie i zasłużone brawa. Do 1:00 w nocy sala wibrowała nieustannym tańcem.  W ostatnią godzinie zostali najwytrwalsi. To na parkiecie, to na holu tańczyli tango (lub powtarzali materiał z warsztatów). Oczarowani wieczorem i dobrze już zmęczeni powoli rozchodziliśmy się do swoich domów.
 
Niedziela, ostatni dzień. Wspominamy wieczorną milongę. Zadowoleni, podekscytowani zaczynamy warsztaty. Nie ma lekko – volcady i colgady. Materiał wymagający i choć widać coraz większe zmęczenie, wszyscy ćwiczą i powtarzają zadaną sekwencje. Ostatnia lekcja, milonga. Uczymy się, śmiejemy i prawdę powiedziawszy nie mamy już siły, ale nic to. Tango to tango, a raczej Milonga to Milonga! Gromkimi brawami podziękowaliśmy naszym Maestros za świetne warsztaty, potem krótka sjesta i wspólna kolacja na zakończenie Tango Café. 
Wyczekaliśmy się na stolik, ale warto było. W końcu zasiedliśmy do stołu na ogródku pizzerii na krakowskiej starówce. Rozmawialiśmy chyba w pięciu językach. Wspominaliśmy, rozmawialiśmy o sobie i o tangu. Po kolacji niektórzy jeszcze wybrali się na nocny spacer, inni ( w tym ja) pragnęli już tylko spać. Ale bez wątpienia, to były cudowne trzy dni i smak prawdziwego argentyńskiego tanga….

 

 

Galeria zdjęć Tango Café